Włochy 2007 – Dzień 5 – Sorrento, Positano

Wykupujemy kolejną noc na kempingu w Pompejach i postanawiamy wybrać się na wybrzeże amalfitańskie (nazwa od miejscowości Amalfi), słynące pięknością do tego stopnia, że zostało wpisane na listę UNESCO.

Najpierw Circumvesuvianą jedziemy do Sorrento.

Sorrento ma status kurortu i rzeczywiście – sporo markowych butików, miasto bardzo ładne, zadbane, wielu anglojęzycznych turystów. Zwiedzamy. Stromymi schodami w dół klifu udajemy się na plażę, stwierdzając, że pomimo nudnego charakteru, Sorrento posiada miejsca, które wprawiają człowieka w zachwyt i osłupienie, co wpływa zdecydowanie in plus na jego ocenę. Należą do nich np. wyżłobiona w skale klifu droga prowadząca z centrum na plażę, hotel w porcie posadowiony na i częściowo wydrążony w skale, port, w którym obok luksusowych jachtów można znaleźć obdrapaną łódkę zupełnie z innej bajki – ale na tych samych prawach, kolonię kotów szalejących na skałach, dokarmianych przez mieszkańców itd. itp. Z jednej strony nudne miasto dla nudnych angielskich turystów w średnim i podeszłym wieku, z drugiej -  coś, co ja osobiście odbieram jako puszczanie oka do odpowiednio spostrzegawczych turystów. Tak, jakby mieszkańcy przemycali swój temperament, nadawali koloryt i życie temu miastu, zamykając drogę do łatwych klasyfikacji i szufladkowania. Czytelny komunikat: „dla nich możemy być nudni, ale hej – dalej jesteśmy we Włoszech, nie zapominajcie o tym!”

Wychodząc z portu w prawą stronę docieramy zupełnie przypadkiem do kościółka św. Franciszka – miejsca zdecydowanie wartego uwagi. W środku znajduje się dziedziniec otoczony pięknymi krużgankami. Dziedziniec podobno jest ślicznie oświetlony nocą.

Głodniejemy i pora robi się obiadowa, błądząc bez celu po mieście na chybił – trafił wybieramy restauracyjkę (Ristorante Pizzeria Giardiniello Enoteca) w jednej z bocznych i mniej obleganych uliczek (Via Dell Accademia). Wybieramy jedzonko – ja gnocchi alla Sorrentina, xar – cannelloni alla Sorrentina. Jako przystawkę uroczy starszy pan kelner przynosi nam suchą bułkę, lekko czerstwą, i miseczkę zielonych oliwek. Patrzymy na siebie zdezorientowani – w jaki u licha sposób powinniśmy się do tego zabrać? Próbuję oliwek i już wiem, że nie będzie lekko – mają pestki. Co się w porządnej knajpie robi z pestkami od oliwek?! :) W pewnym momencie przy stoliku obok siada dystyngowana para i czekamy, co oni zrobią z oliwkami. Jak na złość wcinają tylko suchą bułę – zaczynamy olewać sprawę i dyskretnie odkładamy pestki na talerzyk.

Oba zamówione dania są absolutnie przepyszne. Moje gnocchi rozpływają się w ustach, sosu pomidorowego jest dokładnie tyle, ile trzeba, cannelloni xara nadziewane są kawałeczkami wołowiny, mięciutkiej i soczystej i chrupkimi warzywami, całość w sosie pomidorowym – świeżutka, nie jakaś zapiekana na sztywno, jak w Polsce – pycha! Obiad kosztował nas 17€, co nie wydało nam się zbyt wygórowaną ceną.

Przechadzając się po mieście i szukając pamiątek trafiamy – a jakże – do sklepu z alkoholem, konkretnie z Limoncello. Jest to likier cytrynowy wyrabiany na miejscu – przez szybę na tyłach sklepu widzimy proces wytwórczy. Pani pyta, czy nas poczęstować, wahamy się, bo do sklepu szczerze mówiąc zwabiły nas fikuśne kształty butelek – myśleliśmy o prezentach dla rodziców, ale po degustacji, bez żadnych wątpliwości kupujemy butelkę do domu – dużą i niefikuśną ;) . Absolutne niebo w gębie. Za jedyne 10€ za 0,75l.

Docieramy z powrotem do dworca Circumvesuviany, obok niego stają autobusy – także Circumvesuviany (bilety Unico Costriera kupione wczoraj) – kursujące do Amalfi i innych miejscowości wybrzeża amalfitańskiego. Jedziemy do Positano. Trasa wiedzie po zboczu góry, na sporej wysokości nad brzegiem morza. Szosa jest wąska i bardzo kręta, autobus jedzie szybko, na zakrętach zajmuje całą szerokość jezdni i kierowca, pomimo znaku zakazu używania sygnałów dźwiękowych, z wyraźną przyjemnością trąbi, ostrzegając pojazdy nadjeżdżające z naprzeciwka. Siedzimy z tyłu autobusu i trasa jako taka nie zaprząta nas tak bardzo jak widoki za oknem (pomazanym markerem notabene). Wybrzeże pełne jest skalistych klifów, na których woda rozbryzguje się, wzniecając fontanny piany i łagodnych zatoczek, w których czasem cumują żaglówki. Na horyzoncie widać Capri. Całe szczęście za nami siedzą azjaci, którzy tak, jak my zapamiętale cykają fotki i wznoszą głośne okrzyki zachwytu; czujemy się dość swobodnie w ich towarzystwie :) Trafił swój na swego :)

Wreszcie, za którymś zakrętem naszym oczom ukazuje się Positano. Nie wiedzieliśmy, czego się po nim spodziewać, myśleliśmy, że będzie to kolejny, niczym nie wyróżniający się nadmorski kurort. Tymczasem widzimy kolorowe miasteczko zbudowane praktycznie w pionie! Wyobraźcie sobie miasto, w zasadzie całe położone poniżej naszej drogi, w którym rolę ulic pełnią wąskie schodki, domki – ba, czasem całe rezydencje – budowane są na dachach domów położonych poniżej, a cała ta konstrukcja przyklejona jest do stromego zbocza góry. Największym zaskoczeniem okazują się chyba ocienione baldachimami parkingi na wysokości drogi umieszczone – a jakże – na dachach domów. Całość robi bardzo malownicze wrażenie.

Zatrzymując się na przystanku, kierowca stanowczo krzyczy „No Amalfi!”, z zainteresowaniem obserwujemy próby wydobycia z niego, dlaczego „No” i czy może w takim razie chociaż do Praiano, podejmowane przez anglojęzycznych współpasażerów. Nie dowiadujemy się niczego, wysiadamy więc, podobnie, jak większość osób, by z bliska obejrzeć miasteczko, wykąpać się w morzu (czarna, kamienista plaża) i ewentualnie później pojechać dalej do Praiano, Amalfi, albo nawet Salerno. Zawczasu sprawdzamy rozkład jazdy, żeby wiedzieć, kiedy zejść z plaży. Pod rozkładem ktoś przyczepił, a ktoś inny porwał jakąś kartkę, na oko wyglądającą jak ogłoszenie o korepetycjach, jakie spotyka się u nas. Nieco dalej stoi tablica informująca po włosku o robotach drogowych, nie wzbudza ona naszych podejrzeń.

Positano, jak cały region, słynie z wyrobów ceramicznych, więc po drodze w dół na plażę zwiedzamy niemal wszystkie sklepy w celu nabycia mi skorupy na pamiątkę. Szukam, jak zwykle, kubka, jednak ich ręcznie wykonane zdobienia sprawiają, że wyroby z polskiego Bolesławca wydają mi się dziełami sztuki. Nie widzę potrzeby posiadania na dnie miseczki na oliwki włoskiej wersji jelenia na rykowisku, xar się niecierpliwi, ja popadam we frustrację. W końcu znajdujemy miseczkę, dla której w zasadzie nie znajduję zastosowania, ale która w miarę podoba się nam obojgu.

Dochodzimy do jednej z głównych dróg miasteczka, poznajemy to po tym, że: a) nie ma schodów i biegnie dość poziomo, b) jest wystarczająco szeroka, żeby przejechała nią czortopchajka zbudowana na bazie roweru lub motoroweru, c) wysadzana jest butikami, galeriami sztuki i sklepikami z pamiątkami, d) biegnie do placu z katedrą, stanowiącego punkt centralny (jeśli można tak powiedzieć) miasta. Trzeba przyznać, że wszystkie te sklepy nie robią nachalnego wrażenia i są świetnie wkomponowane w krajobraz miasta. Są malutkie, zajmują izbę lub dwie w malutkich domkach o bielonych ścianach, które niwelują wrażenie przepychu i onieśmielenia, stwarzając atmosferę przytulności i intymności, potęgowaną dodatkowo przez baldachim z winogron i winorośli rozpostarty nad ulicą i chroniący ją przed palącym słońcem. Często barwny towar wywieszamy jest wprost na ulicy, ciesząc oczy przepychem kolorów. Przesuwamy się w tempie otaczającego nas angielsko- i niemieckojęzycznego tłumu osób raczej średniego wieku (czyli wolno :) ), co daje nam pewien pogląd na rodzaj turystów, na których nastawione jest Positano.

W końcu docieramy do plaży. Granica pomiędzy zabudowaniami a plażą jest dość płynna, można powiedzieć, że nad kolorowymi parasolami góruje mieniąca się w słońcu mozaiką kopuła katedry. Deptak nadmorski upodobały sobie restauracje oferujące – oprócz bajecznie drogiego jedzenia – także widoki na zatokę. Korzystając z uprzejmości jednej z nich, przebieramy się w stroje kąpielowe i starając się nie pokaleczyć stóp, przemieszczamy się po czarnym żwirku na z góry upatrzoną pozycję. Jest gorąco, marzymy o kąpieli. Woda jest wystarczająco ciepła, by chcieć do niej wejść, a jednocześnie wystarczająco chłodna, by nie sprawiać wrażenia zupy i przynieść orzeźwienie. Jedynym mankamentem jest duże zasolenie, do którego Bałtyk nas nie przyzwyczaił. Woda szczypie w oczy, a po wyschnięciu pozostawia na skórze kryształki soli. xar pływa, ja jedynie dbam o to, żeby się nie utopić – kładę się na wodzie i staram się nie usnąć, co utrudniają mi delikatnie kołyszące fale. Błogość.

Po mniej więcej 2 godzinach xar zarządza wymarsz – jeśli chcemy zobaczyć resztę wybrzeża to jest to ostatni moment, żeby wyruszyć dalej. Wspinamy się z powrotem na zbocze i usadawiamy na przystanku. Zgodnie z rozkładem autobus powinien być za jakieś 10minut, ale to są Włochy – tu wszystko toczy się swoim tempem – będzie, jak przyjedzie. Mija pół godziny, ciągle czekamy, mokre stroje znaczą dość nieprzyzwoite ślady na naszych ubraniach, więc staramy się nie rzucać w oczy. Ilość osób na przystanku drastycznie się powiększa, przekracza już pojemność autobusu i konwersacyjnym tonem zaczynamy ustalać strategię dostania się do środka.

Ludzie zaczynają się niecierpliwić, mija nas kilka autobusów zmierzających w przeciwnym kierunku, ale próby dogadania się z kierowcami kończą się fiaskiem. Powtarzam xarowi akurat coś, co podsłuchałam po angielsku, gdy zaczepia nas facet w średnim wieku, typowy przedstawiciel turystycznego targetu Positano, pytając czy mówimy po angielsku. Mówimy. Facet, który okazał się być Australijczykiem mówiącym nieco po włosku, tłumaczy nam, że dalej nie pojedziemy, bo droga do Amalfi została zasypana przez lawinę skalną. Zaczynamy rozumieć sens zakazu używania sygnałów dźwiękowych na tym terenie. Australijczyk opowiada, że tu, pod rozkładem nawet była kartka z informacją po włosku, ale ktoś ją porwał, na szczęście jest jeszcze znak z robotami drogowymi… Jak się przyjrzeć temu znakowi będąc wyposażonym w wiedzę przekazaną przez życzliwego Australijczyka, to rzeczywiście można wydedukować, że ma on rację. Dziękujemy grzecznie, zaczynamy czekać na autobus w drugą stronę. Nie ma sensu przechodzić przez jezdnię, bo trzeba by przylegać do ściany skalnej, cudem unikając śmierci, za każdym razem, gdy przejeżdża rozpędzony samochód. Stoimy więc, prowadząc jednocześnie konwersację dotyczącą Polski i jej rozwoju od upadku komunizmu (lol!) oraz podróży po świecie z Australijczykiem i Amerykanami, co wymaga od nas wspinania się na wyżyny językowe, na które na co dzień nie zaglądamy, a kątem oka obserwując rozwój sytuacji. Od razu widać, kto podsłuchiwał, tłumek stojący najbliżej nas przeniósł się na drugą stronę jezdni, powodując trąbienie kierowców.

Mamy przewagę wynikającą z szerszego pola widzenia, w kluczowym momencie przemieszczamy się na drugą stronę i mistrzowskim wślizgiem organizujemy sobie nawet miejsca siedzące w autobusie tuż za kierowcą. Tym razem wyraźnie widzimy sytuację na drodze; widzą ją też Australijczycy, którzy siedzą i stoją za nami i dość głośno zawierają znajomość ze sobą. W pewnym momencie wszystkie rozmowy cichną, słychać grupowy wdech powietrza. Wychylamy się, żeby zobaczyć, co się dzieje i gwałtownie zapieramy się o siedzenie przez nami, przekonani, że właśnie w tej chwili spadniemy w przepaść. Wyjeżdżanie na drugi pas na zakręcie powinno mieć jednak swoje granice, zwłaszcza, jeśli prowadzisz autobus pełen ludzi, a od na oko stumetrowej przepaści dzieli cię jedynie niziutki murek oporowy. Jakimś cudem przeżyliśmy, kierowca po mistrzowsku wziął zakręt i trąbiąc wesoło, machaniem pozdrawia kierowców jadących z naprzeciwka. W autobusie słychać grupowy wydech powietrza połączony w westchnieniami ulgi. Kierowca, uświadomiwszy sobie wrażenie, jakie na nas zrobił, jest przeszczęśliwy i zaczyna się popisywać. Kolejne zakręty bierze nawet jeszcze ryzykowniej, więcej trąbi, zaczyna podrywać dziewczyny stojące obok niego i komentować sytuację. „Bond!”, „Schumacher!” – wykrzykuje z włoskim akcentem pokazując na siebie. Śmiejemy się, modląc się o to, żeby miał szczęśliwe życie rodzinne i nie chciał skończyć ze sobą oraz z nami.

Człowiek przyzwyczaja się do wszystkiego, my również zaczynamy ufać naszemu kierowcy i dobrze się bawić, obserwując jego manewry. Nie wiemy, ile mu płacą, ale stanowczo za mało! W pewnym momencie, w celu ożywienia przygasłej już nieco atmosfery, facet rozpędza autobus tuż przed kolejnym zakrętem, przy wtórze kolejnych nerwowych wdechów powietrza pasażerów bierze go z zapasem, robiąc jednocześnie „Iiiiiiiiiiii BUM!” co wywołuje nerwowy śmiech w całym autobusie. xar zaczyna robić mu zdjęcia, facet widząc to, zaczyna pozować w lusterku.

Po drodze dosiadają się pasażerowie, jakaś dziewczyna próbuje skasować bilet, ale kasownik nie działa. Kierowca, widząc to wstaje, bierze od niej bilet i próbuje jej udowodnić, że nie umie ona właściwie obsłużyć kasownika. Ten jednak w dalszym ciągu nie działa. Kierowca wali w niego kilkukrotnie pięścią, tłumacząc, że ten typ tak ma i wywołując salwy śmiechu. Kasownik dalej nie kasuje, kierowca patrzy na niego ze stropioną miną, po czym z szerokim, rozbrajającym uśmiechem oddaje bilet dziewczynie z hojnym gestem mówiąc „Grraaatis!”, jakby właśnie dorzucał jej kluczyki do mercedesa. Typowy Włoch, otwarty, uśmiechnięty, uwielbiający samochody i motoryzację, uważający siebie za kapitana tego statku, ustalający na nim wszelkie reguły, cieszący się swoją pracą i podrywający wszystko, co się rusza i potencjalnie mogłoby założyć spódnicę, przy czym Szkotów wyeliminowałby dopiero w drugim podejściu ;) . Ta droga z pewnością pozostanie długo w naszej pamięci jako majstersztyk prowadzenia pojazdu, dobra zabawa i adrenalina porównywalna ze skokiem na bungee.

Zmęczeni, ale w wyśmienitych humorach, robimy jeszcze zakupy żywnościowe w Sorrento, dużo czasu spędzając przed półkami z winami. W międzyczasie okazuje się, że prawdopodobnie w restauracji zostawiłam nasz przewodnik, a bez niego ani rusz, biegniemy więc gąszczem uliczek, cudem nie błądząc, do naszej knajpki i odbieramy z pokłonami i podziękowaniami książkę.

Wracamy Circumvesuvianą na kemping.

Kampania zdecydowanie wysuwa się na prowadzenie na liście moich ulubionych miejsc.

Galeria zdjęć:

Tags: , ,

Leave a Reply