Włochy 2007 – Dzień 6 – Milazzo
Kolejna pobudka skoro świt i kombinowanie jak wysuszyć, wytrzepać i złożyć namiot, żeby nie pobudzić wszystkich sąsiadów. Ostatecznie, jak zwykle, średnio się to udaje
Jedziemy Circumvesuvianą do Neapolu i szukamy stazione Piazza Garibaldi (patrz dzień 3 – informacje praktyczne). Upewniamy się co do peronu i, ponieważ mamy jeszcze chwilę czasu, a godzina jest wczesna, wychodzimy z dworca i idziemy na kawę do kafejki obok dworca. xar czeka z plecakami, nerwowo rozglądając się na boki, bo przecież tu podobno kradną i rabują ;p
Wracamy na dworzec i wsiadamy w Intercity Plus do Milazzo (co kosztuje nas 75€ za 2 osoby) odchodzący o 9:42.
W przedziale 6 osób, mamy środkowe miejsca. Jest wygodnie, sporo miejsca, wygodne fotele, regulowana wysokość zagłówków. Nikt w przedziale nie mówi po angielsku, ale wszyscy chcą z nami rozmawiać
Stosują w tym celu klasyczną metodę – mówią głośniej i wyraźniej niż zwykle, wolniej gestykulując. Rozumiemy już całkiem sporo, albo przynajmniej domyślamy się z gestów, zachowania. Do tego dochodzi pismo rysunkowe. Standardowo zostajemy odpytani skąd jesteśmy, odpowiedź „Polonia” wzbudza aprobatę. Od współpasażerów dowiadujemy się, że w Villa San Giovanni podzielą skład i część pojedzie do Palermo, a część do Syrakuz. Oczywiście stresujemy się, czy na pewno siedzimy w tej właściwej części i gdzie wylądujemy. Zdania współpasażerów są podzielone – postanawiamy zaufać Trenitalii.
Rzeczywiście, dzielą nas w Villi San Giovanni, ładują na prom i przeprawiają przez Cieśninę Messyńską. Wychodzimy na chwilę na pokład cyknąć kilka fotek, starając się nie zapomnieć drogi do przedziału w ładowni promu. Nie pamiętam, ile trwała podróż, wydaje mi się, że około pół godziny.
Wyładowują nas w Messynie. Jesteśmy wreszcie na Sycylii!
Naszym następnym celem są Wyspy Eolskie, zwane też Liparyjskimi, ale wiemy o nich tylko tyle, ile udało się wyczytać w internecie i przewodniku Lonely Planet sprzed kilku lat. Szału nie ma, przesadnej wiedzy też nie. Niestety, przewodnik, którym dysponujemy, jak i inne przewodniki dostępne na polskim rynku, temat wysp pomija szerokim łukiem. Wiemy tylko, że przeprawić się najłatwiej z Milazzo i tam postanawiamy wysiąść. Pociąg nie zatrzymuje się na wszystkich stacjach uwidocznionych na mapie, więc zaczynamy nerwowo przyglądać się na zmianę mapie i mijanym miejscowościom. W pewnym momencie pociąg zwalnia i nasi współpasażerowie zaczynają z podnieceniem machać rękoma, mówiąc z uśmiechem „Milazzo, Milazzo!”. Zdążamy wysiąść. Jest 16:10.
Milazzo i dworzec w Milazzo są …ekhem… dość znacznie rozbieżne geograficzne. Innymi słowy, jak w Siemiatyczach, dworzec leży kilka niezłych kilometrów od miasta. Wysiadasz z pociągu, na dworcu żywej duszy, wychodzisz na zewnątrz, a tam pustynia. Dosłownie. Na całe szczęście wiemy o tym z mapy i przewodnika. Odnajdujemy przystanek autobusowy, z którego odjeżdżają autobusy AST do miasta. Jeden odjechał właśnie 5 minut temu, następny – za pół godziny. Chodzimy po dworcu w poszukiwaniu jakiegoś planu Milazzo, albo automatu z biletami. Obu brak. W końcu autobus przyjeżdża, kierowca kategorycznie mówi „no biglietti” – ale co zrobić – wsiadamy. xar mruczy pod nosem „100€ od łepka”. Tyle wynosi kara za jazdę bez biletu. Na szczęście nie trafia nam się kanar.
Wszyscy wysiadają w porcie i płyną na wyspy, ale zgodnie z przewodnikiem Lonely Planet, nocleg można znaleźć tylko na największej z nich, Salinie, i nie ma zbyt dużego wyboru. Postanawiamy zanocować na kempingu w Capo di Milazzo. Okazuje się, że jedzie tam ten sam autobus, którym przyjechaliśmy z dworca – tylko, że dopiero o 18:55. Mam dość. Oświadczam, że popilnuję plecaków, a xar ma znaleźć bilety na ten cholerny autobus i dowiedzieć się o prom na wyspy. Poszedł. Zabrał ze sobą większość naszych pieniędzy, nie zabrał paszportu, ani telefonu. I zaginął.
Po 45minutach oczekiwania zaczynam się wiercić nerwowo na ławce. Rozglądam się – nie widać go. Kalkuluję swoje – i jego – opcje. Wychodzi mi, że jednak go napadli na tej Sycylii, zabrali mu całą kasę i zostawili w charakterze trupa gdzieś w bocznej uliczce. Nie ma dokumentów, więc nawet nie będzie po czym zidentyfikować zwłok. Natomiast ja, choć dokumentów mam za dwoje, w zasadzie nie mam kasy. Pięknie. Jestem całkiem niezła we wkręcaniu sobie takich rzeczy, więc gdy zauważam niedaleko posterunek Carabinieri, już w zasadzie kombinuję nie „czy” – tylko „jak” dociągnąć tam oba plecaki. Gdy już prawie wymyśliłam zjawia się xar. Nie ma zbyt szczęśliwej miny.
Złaziłem całe miasto nikt nie potrafił mi pomóc. Nikt nie mówi po angielsku, łącznie z policjantami, którzy odsyłają mnie do coraz to innych miejsc, które są jeszcze zamknięte po sjeście, albo w ogóle już zbankrutowały. Sprawę utrudnia fakt, że jest niedziela. Skoro nie udaje się znaleźć biletów na autobus, próbuję dowiedzieć się o przeprawę na wyspy. Drogę morską obsługuje Siremar, oferujący miejsca na wielgaśnych promach, zabierających tak ludzi, jak i samochody – tańsza opcja, jednakże rzadziej i wolniej kursująca, oraz wodolotach (aliscafi), które zabierają jedynie ludzi, płyną mniej więcej 2 razy szybciej i są mniej więcej 2 razy droższe. Panie, mimo, że nie mówią po angielsku, są bardzo życzliwe, obdarzają mnie mnóstwem ulotek z rozkładami i cenami, nie potrafią mi jednak pomóc w kwestii biletów autobusowych. Po zwiedzeniu miasta i niemałym wkurwieniu, z rezygnacją wracam do Anki. Groźba 100€ od łepka wisi w powietrzu.
Oglądam ulotki promowe, które przyniósł xar, wynika z nich, że odpływa dziś jeszcze jeden aliscaf na wyspy, ale boimy się, że nie znajdziemy tam noclegu. Jest wieczór, nie podoba mi się wizja noclegu na plaży na Stromboli w cieniu aktywnego wulkanu. Decydujemy się na nocleg na kempingu w Capo di Milazzo. xar w ostatnim odruchu rozpaczy, bez nadziei na sukces, udaje się do sklepu z zabawkami, który znajduje się tuż obok na rogu i pyta o bilety.
Decyduję się ostatni raz błagalnym tonem wymówić ‘biglietti?’ do sprzedawcy narożnego sklepu z zabawkami. Ku memu zdziwieniu koleś mówi po angielsku. Znika na zapleczu, konsultuje się z kimś po włosku, po czym wychodzi przed sklep i tłumaczy, że bilety można kupić w dwóch miejscach: u kierowcy autobusu – to nieaktualne w tym przypadku – oraz w barze irlandzkim (!!), który znajduje się na kolejnym skrzyżowaniu. Pokazuje mi, jak tam trafić. Idę, pytam, faktycznie są. Jakie to naturalne!
Wyposażeni w bilety, o właściwej godzinie wsiadamy do właściwego autobusu. Z miną pełną wyższości nad tymi, którzy biletu nie mają, usiłowali kupić u kierowcy i usłyszeli powtarzane jak mantrę „no biglietti”, udajemy się do kasownika. Kasownik jest zepsuty. Ręce nam opadają. Co za wkurzające miasto!
Nie wiedzieliśmy, gdzie dokładnie znajduje się kemping i gdzie powinniśmy wysiąść. Zła na Sycylię, Milazzo, niedzielę, sjestę i xara, bo to on wymyślił, że jedziemy na wyspy, każę mu dogadać się z kierowcą. Wygrzebujemy broń ciężkiego kalibru – rozmówki polsko – włoskie. Po kilku minutach wkuwania na pamięć zwrotu „czy ten autobus zatrzymuje sie na kempingu?” [mistrzostwo świata, sami złożyliśmy zdanie po włosku!] pełen optymizmu poszedłem do kierowcy. Mój samozachwyt nie trwał długo. Zamiast spodziewanej odpowiedzi „si” lub „no” kierowca odpowiedział coś, czego nie rozumiałem.
Zapamiętałem fonetycznie, wróciłem do Anki i oboje szukamy w rozmówkach co to mogłoby znaczyć. Ostatecznie poddajemy się. Sprawa wyjaśnia się po jakiś 20 minutach, gdy o godzinie 19:30 dojeżdżamy pod bramy 2 sąsiadujących kempingów. Kierowca wypowiedział ich nazwy…
Wybieramy kemping na chybił – trafił (bardziej chybił, niż trafił, jak okazuje się po chwili). Nasz wybór to Centro Turistico Cirrucco. Obok leży Riva Smeralda. Meldujemy się, płacimy około 15€ za noc za naszą dwójkę. Kemping okazuje się być starym, tarasowym gajem oliwnym z gliniastą, spieczoną słońcem ziemią i ani odrobiną trawy. Zmęczeni, przy świetle latarek szukamy dogodnego miejsca do rozstawienia namiotu. Podłoże nie pozwala za bardzo na wbicie śledzi, rozstawiamy się więc pod drzewem oliwnym, do którego przywiązujemy odciągi (przy okazji jest gdzie wysuszyć pranie). Jeszcze tej samej nocy mocno tego żałujemy. Niby odgarnęliśmy wszystkie twarde przedmioty: kamyczki, oliwki itd. spod namiotu, żeby nie przebiły podłogi; najwyraźniej jednak nie zrobiliśmy tego wystarczająco dokładnie. Pestki spadłych z drzewa i wyschniętych oliwek wbijają nam się boleśnie w plecy. Czujemy je przez podłogę namiotu, karimaty i śpiwory. Małe skurwysyństwa, skutecznie uniemożliwiające sen.
Siedząc na murku rozdzielającym tarasy gaju, w świetle latarek i pobliskiej latarni, jemy szybką kolację. Wokół sporo luksusowych przyczep kempingowych pełnych Niemców, którzy popijając winko oglądają telewizję. Standardowo, ja rozkładam śpiwory, xar idzie pierwszy pod prysznic. Wraca z niezbyt szczęśliwą miną… No właśnie… Prysznic był okropny. Zagrzybiały. Bez oświetlenia. Jednym słowem masakra, syf, kiła i mogiła. Mycie się pełne jest ciężkich wyborów – „dotknąć zagrzybiałej ściany, czy drzwi od kabiny?”. Przygotowana na atrakcje, idę i ja. Nie ma nawet gdzie powiesić ręcznika. Po powrocie czuję się bardziej brudna niż przed prysznicem. Stwierdzamy, że jedna noc to aż nadto co możemy zaoferować temu kempingowi. Dziwi nas tylko ilość burżujów zza naszej zachodniej granicy. Czyżby odpowiadały im takie warunki?
Galeria zdjęć:
Tags: milazzo

Styczeń 12th, 2010 at 5:01 pm
Cześć. – Jesteście…super!!! Przeczytałem wiele opisów, bo podobnie jak Wy bardzo lubię ( z Basią i Olą) poszwendać się po zaułkach egzotycznych miejsc, ale Twoje Aniu, jak i Twojego Brata wspomnienia są szczególnie ciekawe. Opisy pomagają przygotować się wcześniej, co nas tam w drodze czeka. ( W tym roku Sycylia. No i wszystko co się trafi po drodze. Jedziemy samochodem, ale to koniec luksusów! Reszta jest „dziką naturą”.) —Wasze spojrzenia na świat są naprawdę wyjątkowe. Do tego napisane w taki sposób, że…czasami trzeba łzy ocierać, tak są zabawne. Ponadto układ jest naprawdę bardzo dobry,( swietny pomysł z oddzieleniem kolorami!!!) bo czytając nie tylko jestem tam wtedy z Wami, ale też i informacje praktyczne są naprawdę cenne. My zabieramy ze sobą laptopa (bo samochód go nosi, hi hi)) a w nim w zakładkach mam i Wasz opis, więc na pewno nie raz w czasie drogi zajrzę tam, by coś sobie sprawdzić. To co piszecie jest o wiele bardziej przystępne i przydatne niż wszelkiej maści przewodniki. Do tego jesteście…przemili hi hi. Pozdrawiam Was bardzo, bardzo ciepło, dzięki za czas, który spędziłem przy czytaniu Waszych przygód ( jestem dopiero w połowie. Na Hiszpanię i Norwegię też zaglądne! Porównam swoje spostrzeżenia z Waszymi.) Życzę wielu kolejnych wypraw i…czekam na opisy. Zdobyliście sobie kolejnego „fana”. Hej!
Marek.
Styczeń 16th, 2010 at 8:00 pm
Cześć, jak miło przeczytać, że ktoś korzysta z naszych wypocin!
Dzięki! Teraz xar każe mi się wziąć za robotę i pisać dalej
To się nazywa motywacja
Trzymamy kciuki za Waszą wyprawę, myślę, że będziecie się dobrze bawić i mam nadzieję, że nasze doświadczenia będą Wam przydatne
Bardzo byśmy się cieszyli, gdybyście zdali chociaż krótką relację z Waszej podróży. Pozdro i szerokiej drogi!
Anna