Włochy 2007 – Dzień 7 – Stromboli

Rano pobudka i ewakuacja ze strasznego kempingu. Połamani po nocy na pestkach od oliwek, w następnej kolejności znów musimy skorzystać z tragicznych łazienek. Brr. Przeklinamy i jedne i drugie.

W przewodniku napisali, że do morza z kempingu jest 100 metrów. Korzystając z faktu, że jest jasno, idziemy zobaczyć to mocno reklamowane morze. Faktycznie tafla wody jest 100 metrów od kempingu. Tylko czemu nikt nie powiedział, że jest to 100 metrów w dół?! Okazało się, że mieszkamy na wysokim klifie! :D Widoki, owszem, niczego sobie, ale z kąpieli raczej nici.

Idziemy na autobus do portu. Problem w tym, że nie bardzo wiemy gdzie ma przystanek, kobieta na kempingu łamaną angielszczyzną mówi coś o skrzyżowaniu i tylko z ruchu ręki domyślamy się kierunku, w którym powinniśmy go szukać. Dowiadujemy się też, że najbliższy autobus powinien być o godzinie 9:10. Czekamy na skrzyżowaniu, które nam polecono. 10, 20 minut – ciągle nic. Próbujemy złapać stopa, jednak kierowcy śmieją nam się w żywe oczy. Decyzja – idziemy dalej. Docieramy na przystanek, jest on co prawda w przeciwną stronę, ale stoi już grupka innych ludzi (Rosjan jak się później okazuje), więc jest szansa, że autobus zaraz przyjedzie. Do portu mamy wg przewodnika mamy 6km kilometrów, zaś na plecach ze 20 kg bagażu. Czekamy kolejne 20 minut, autobusu ciągle brak.  Decydujemy się iść dalej pieszo. Odchodzimy jakieś 500 metrów i ku naszemu zdziwieniu jedzie autobus AST. My jednak jesteśmy nie na przystanku. Machamy – kierowca się zatrzymuje. Eureka! 40 minut opóźnienia. Nie dziwi nas to zbytnio.

Kasowniki w dalszym ciągu nie działają. Pieprzyć to! Mamy dosyć Milazzo. Jedziemy po raz kolejny za darmo. Wygląda na to, że bilety, na które wydaliśmy całe 3,60€ zabierzemy ze sobą do Polski. W pewnym momencie do autobusu wsiada tubylec, nawet nie podchodzi do kasownika, tylko podaje bilet kierowcy, który go przerywa. Ach, więc tak to się robi!

Zza szyb autobusu zwiedzamy cały półwysep przy świetle dziennym. Trasa, opisana w przewodniku jako wyjątkowo malownicza, nie powala nas specjalnie. Rosjanie wysiadają po drodze, jesteśmy jedynymi pasażerami kluczącego po mieście autobusu. Zaczynamy się denerwować, gdzie dojedziemy. Siedzimy niedaleko młodego, na oko 18-letniego kierowcy. Widząc nasze poddenerwowanie, odwraca się on do nas i pyta: „Isole Eolie?” – „Si” – potwierdzamy. Pomimo, że przystanek ma 200m dalej, zatrzymuje się tuż przy kasach biletowych Siremaru. Kasy są jeszcze zamknięte. Kiedy je w końcu otwierają, kupujemy bilety na wodolot (aliscafo). Pierwotnie zamierzaliśmy płynąć statkiem (Tragh – Nave Traghetto Tradizionale), czyli tym tańszym środkiem transportu, jednak ze względu na atrakcje w podróży spóźniliśmy się na niego, a jak się później okazało i tak nie odpłynął on ze względów technicznych.

Przy kasach spotykamy parę z Polski, która zastanawia się, na które wyspy płynąć, wymieniamy informacje, oni wybierają Vulcano, dla nas od początku celem jest Stromboli. Nasz aliscafo odpływa dopiero o 12:30. Połączenia na Stromboli, najdalszą wyspę z archipelagu są najrzadsze i najdroższe. Bilety dla nas obojga kosztują 40,80€.

Ponieważ zakupy to moja domena, zostawiam xara z plecakami w porcie, tym razem biorę telefon i kasę i biegnę na zakupy. Nie wiemy, jak z żywnością na wyspach, więc musimy zawczasu zgromadzić odpowiednie zapasy. Muszę przyznać, że zakupy sprawiają mi dużą frajdę. Chleb i ciasta francuskie kupuję w piekarni, paprykę, podłużne pomidory, brzoskwinie, winogrona i melona na straganach, bezpośrednio od rolników, po cenach niższych, niż w Polsce. Owoce pachną, są dojrzałe, chce się je zjeść. Najwięcej kłopotów mam z kupieniem wędlin, ale w końcu znajduję sklep, w którym na migi pokazuję panu ile plasterków czego chcę, a on z pietyzmem kroi i dekoracyjnie układa mi je na papierze pergaminowym, na koniec kłaniając mi się, jakbym to ja uczyniła mu honor. Zakupy żywieniowe w Milazzo to chyba jedyna jasna strona tego miasta. Dawno nie jedliśmy tak obfitego śniadania i nie mieliśmy takich zapasów. Za całość zapłaciłam ok. 15€.

O 12:35 – mieliśmy wypłynąć o 12:30 – do portu wpłynął aliscafo Calypso. Jego opóźnienie wzrasta znacznie ze względu na ilość ludzi, która się do niego ładuje. Podczas wsiadania, w swej zwinności, przyrżnęłam nogą o metalowy trap i mam piękne 2 siniaki. Zanim odpowiednio umieściliśmy bagaż na półkach przy wejściu, prawie nie było już miejsc siedzących – poza trzema – na samym przedzie. Zajmujemy je czym prędzej. Siadanie utrudniają nam długie kije sterczące, jak się okazuje, z wieńca pogrzebowego, umieszczonego na półce pod oknem przed nami :D . I tak, z widokiem na wieniec za 120€ (miał metkę z ceną), płyniemy na Stromboli :) Czasem mam wrażenie, że takie rzeczy zdarzają się jedynie nam :)

Po drodze zawijamy do portów niemal wszystkich wysp, czyli: Vulcano, Lipari, Saliny (port Santa Marina Salina), Panarea, Stromboli – port Ginostra i, ostatecznie, Stromboli – port w San Vincenzo. Na miejscu jesteśmy o 15:45, z półgodzinnym opóźnieniem.

Stromboli jest nazwą wyspy, a jednocześnie nazwą wulkanu położonego na tej wyspie (albo raczej: wulkanu, który stworzył tę wyspę ). Na Stromboli – wyspie są 2 porty – pierwszy w Ginostrze, a drugi między trzema miejscowościami położonymi po drugiej stronie wyspy: San Vincenzo, Ficogrande i San Bartolo, zwanymi w skrócie Stromboli – tak dla ułatwienia ;) Słowo „Stromboli” wymawia się z akcentem na pierwszą sylabę, mówi się więc „Stromboli”, a nie „Stromboli”. Wulkan Stromboli jest w dalszym ciągu aktywny. W ciągu dnia widać dym unoszący się nad wyspą, od czasu do czasu słychać coś jakby grzmot w jej wnętrzu. Podczas takich mini-erupcji wulkan wyrzuca w powietrze drobny materiał skalny i popioły, co mogliśmy zaobserwować na naszym stole na tarasie. W kraterze Stromboli widać kotłującą się magmę, można pójść na wycieczkę i zobaczyć ją na własne oczy. Jednakże od czasu ostatniego wybuchu o znaczącej sile, który miał miejsce w 1933, wejście samodzielne dozwolone jest tylko do pewnego miejsca. Powyżej można wybrać się z wyszkolonym przewodnikiem. Na wyspie działają firmy oferujące usługi takich przewodników. Wyposażają one turystów w kaski, latarki itp. sprzęt i doprowadzają powyżej krateru tak, by można było spojrzeć w głąb wulkanu. Wycieczki te organizowane są pod wieczór, żeby można było cieszyć się także widokiem krateru po zmierzchu.

Od razu w porcie przyczepia się do nas facet częściowo mówiący po angielsku i oferuje nam nocleg – pokój z łazienką za 20€ od głowy. Niepewni warunków noclegowych, zgadzamy się. Facet na imię ma Luka. Ładuje nas na czortopchajkę na trzech kołach wykonaną na bazie popularnego u nas kiedyś komara. W pierwszej chwili nie widzę możliwości, żebyśmy się tam wszyscy zmieścili – my troje + plecaki, ale jakoś się udaje. No a potem to już czyste szaleństwo: wiatr we włosach, wąskie uliczki, całkiem spora, jak na te warunki, prędkość. Luka zabiera nas do Pensione Aquilone. Pensjonat podoba nam się od pierwszej chwili. Wygląda tak: przy ulicy stoi dom właścicieli. Wąskie przejście porośnięte pachnącym pnączem prowadzi na tyły – do ogrodu pełnego poplątanych alejek wysadzanych drzewkami cytrynowymi, pomarańczowymi i grejpfrutowymi (pierwszy raz mam okazję zobaczyć grejpfruta rosnącego na drzewie). Każda alejka prowadzi do osobnego wejścia do pawilonu mieszczącego pokój z łazienką. Przy wejściu do każdego pawilonu jest tarasik ze stołem, krzesłami i parasolem. Wejścia rozmieszczone są tak, że mieszkańcy sąsiednich pokoi praktycznie się nie widują. Bardzo dyskretne, bardzo praktyczne. Część pokoi mieści się w domu właścicieli, ale mają one również osobne wejście. Są to zdaje się pokoje dla większych grup (sądząc po ilości buciorów wietrzących się przed drzwiami). W ogrodzie są również placyki wspólne i taras do dyspozycji gości (np. na grilla). Nasz pokój ma podwójne łóżko, co wywołuje u nas atak śmiechu – na szczęście mamy śpiwory. Zarówno w oknie, jak i w drzwiach zamontowane są moskitiery, więc wewnątrz nie jestgorąco. Pokój wykończono prosto, ale gustownie. Zawiera wszystkie niezbędne sprzęty, a na ścianach wiszą fotografie wulkanu Stromboli. Z pokoju przechodzi się do małej łazienki z prysznicem. Wszystko bardzo czyściutkie i zadbane.

Na stoliku znajdujemy kartkę z uprzejmą prośbą o oszczędzanie wody. Jest to podyktowane tym, że na Stromboli nie ma żadnej rzeki, a co za tym idzie źródła z wodą pitną. Jest ona przywożona na wyspę przez tankowce w określonych odstępach czasu. Mają one jednak tendencję do spóźniania się, przez co cierpią wszyscy mieszkańcy.

Luka informuje nas co i jak z kluczami, jak najszybciej dojść do portu itd. Daje nam także swoją wizytówkę i mówi, że jeżeli chcemy pójść do wulkanu to jego ojciec, Antonio, jest jednym z przewodników i jeśli pokażemy mu wizytówkę, to dostaniemy zniżkę. Jemy szybki obiad i udajemy się na poszukiwanie przewodnika.

Niestety przy siedzibach Magmatrek i Stromboli Adventures pojawiamy się zbyt późno (ok godziny 16). Zainteresowani wyprawą w górę akurat wychodzą. Pytamy czy możemy dołączyć. Odpowiedź jest krótka – brak miejsc. Próbujemy się więc zapisać na jutro, jednak dowiadujemy się, że najbliższe wolne miejsca są „może za 2 dni”… Nie mamy tyle czasu. Pozostaje nam obejść się smakiem. Cały misterny plan w pizdu. Płaczę rzewnymi łzami ;) Bardzo mi zależało na tym, żeby zobaczyć Stromboli z góry.

Rozmawiamy chwilę z ludźmi z obsługi jak wygląda taka wyprawa. W górę wychodzi się w kilkunastoosobowych grupach. Koniecznie trzeba mieć wygodne buty za kostkę. Od firmy dostaje się latarkę oraz kask, na wypadek gdyby wulkan zrobił ‘Poof’. Cała wyprawa trwa około 5-6 godzin. Wliczone jest półgodzinne podziwianie kotłującej się lawy. Wyprawa prowadzi na wyższą część wulkanu. Oznacza to, że znajdujemy się nad kraterem i patrzymy w dół. Z przodu i z tyłu każdej grupy znajduje się przewodnik, który poprzez krótkofalówki posiada ciągły kontakt z bazą.

W wisielczym nastroju patrzę, jak ostatnia grupa ludzi wchodzi na szlak.

Nie pozostaje nam nic innego, jak pozwiedzać wyspę. Miejscowość San Vincenzo położona jest na zboczu wulkanu. Centrum oficjalne stanowi plac przy kościele, znajdujący się dość wysoko nad poziomem morza, natomiast centrum praktyczne to port. W porcie oczekuje się na pocztę, na turystów, na rybaków wracających z połowów, na portowym nabrzeżu toczy się nocne życie. Na wyspie praktycznie nie ma normalnych samochodów. Nie ma to sensu ze względu na wąskie i kręte uliczki wznoszące się czasem ostro w górę, zmieniające się nagle w schodki. Nie ma chodników – trudno zmieścić je w uliczkach szerokich na metr. Mieszkańcy przemieszczają się pieszo lub w różnego rodzaju czortopchajkach, niektórych domowej roboty. Nawet ambulans (na wyspie znajduje się mikroskopijny szpital) jest miniaturowy. Spacerując nocą należy mieć się na baczności i koniecznie zabrać ze sobą latarkę, ponieważ tylko nieliczne miejsca oświetlone są latarniami. Nie wiemy, jak nazywają się kwitnące pnącza, które masowo porastają domy i uliczki, ale pachną one nieziemsko, zwłaszcza wieczorem. Do tego białe, wysokie zazwyczaj na 2 piętra domki. Wyspa jest prześliczna.

Idziemy się przejść nad morze. Mijamy śliczne, wąskie uliczki. Plażę na Stromboli stanowi czarny pumeks. Ciężko się na nim opalać, choć niektórzy próbują. W przerwie między fotkami wulkanu xar cyka zdjęcia ładnej pani, która za nic ma różnej średnicy kamyczki wbijające się jej w plecy. Wulkan jednak wygrywa i pozostaje głównym obiektem nieustającej sesji zdjęciowej, kilka fotek ofiarowujemy też mniejszej wyspie – Strombolinho, na której usytuowana jest latarnia morska. Powoli, przy akompaniamencie zrzędzenia xara, który chce do krateru i w zasadzie idzie z oczami utkwionymi w dymie nad wyspą, zbliżamy się do portu. Powoli się ściemnia, rybacy wracają z połowów, przy pomocy bardzo malowniczego pana i jego ciągnika wyciągają na plażę swoje kutry i łódki. Stylowy pan robotnik obsługujący ciągnik organizuje nam czas na ładną chwilę. Okularki D&G, zegareczek, kaszkiecik – pełen lans. Cykamy fotę za fotą. Jaki robotnik fizyczny w Polsce ubiera się w ten sposób? Kolejny postój i sesja zdjęciowa poświęcona rybakom czyszczącym i solącym ryby. Ogorzali od słońca i wiatru, półnadzy faceci w sile wieku, z długimi włosami i brodami… Stary człowiek i morze. Obok nich kilku- i kilkunastoletni chłopcy z maczetami w rękach, fachowo rozpłatujący ryby. Wszyscy dumni ze swojej pracy i zadowoleni z faktu, że ich fotografujemy. Białe zęby błyskające w szerokich uśmiechach. Morska woda, czerwonawa od krwi i niebo nad morzem, czerwonawe od zachodzącego słońca. Czarny pumeks na plaży z sykiem zasysający i oddający morską wodę. Szum fal. Pokrzykiwania rybaków i krzyk mew czyhających na kolację. Warkot silnika ciągnika i pan stylowy denerwujący się na sternika wyciąganej łodzi. W oddali aliscafo unoszący się nad falami, mijający Strombolinho. Ktoś maluje burtę łodzi, ktoś z cierpliwością i pietyzmem naprawia porwane sieci. Zapach soli i ryb w powietrzu. Zapach pnączy na wyspie, przynoszony przez okazjonalne podmuchy wiatru. Głuchy pomruk i puff wulkanu. Nad Stromboli powoli zapada wieczór.

Przenosimy się do „portu”. Rozkładam się ze statywem pod barierką i czekam na poof wulkanu. Poznaję parę starszych Francuzek, którymi ucinam sobie krótką i przyjemną pogawędkę. Są wyraźnie zaskoczone tym, że pochodzimy z Polski. Robimy zdjęcia policjantom i ich „radiowozowi”, czyli meleksowi, w którym z wyraźną trudnością mieści się dwóch policjantów w mundurach. Staramy się nie śmiać się zbyt ostentacyjnie.

Ściemnia się. Wracamy do pensjonatu. Po drodze wstępujemy jednak do ostatniego otwartego sklepu. Bierzemy tanie wino w kartonie i chleb. Po podejściu do kasy, młody koleś będący sprzedawcą pyta „Polacci?”. Uśmiechamy się z zaskoczeniem i przytakujemy. „How did you know?” – pytamy. Tylko się uśmiecha. Czyżby to tanie wino? ;) Na tarasie pokoju jemy kolację.

Nie jest jeszcze tak późno – wracamy do portu, skąd najlepiej widać krater, żeby sprawdzić, czy widać łunę od lawy. Ulice pogrążone są w całkowitej ciemności – wracamy po latarki. Staramy się nie zabłądzić w gąszczu poplątanych uliczek. Zaglądamy do mieszkań tubylców. W wielu budynkach, które uznaliśmy za mieszkalne, pierwsze piętro zajmują knajpki. Podziwiamy bujnie rosnące i pachnące na uliczkach kwiaty. Mijamy komisariat z zaparkowanym na parkingu „radiowozem”. Orientując się na łunę górującą nad domami docieramy do portu. Akurat wpływa duży prom (nave) Laurena. Jest to spore wydarzenie na wyspie, na której przez cały dzień jest bardzo spokojnie. Przypływ promu oznacza dowóz listów, prasy oraz niezbędnych zakupów dla mieszkańców – cywilizacji. Przyjeżdżają oni również na swoich czortopchajkach proponując przyjezdnym noclegi. Obserwujemy to przedstawienie z uśmiechem.

Nieśmiało spoglądamy w górę na żarzący się krater. Szkoda, że nie nas tam nie ma. Niestety, lawy nie widać z dołu. Nad kraterem unosi się delikatna łuna, na jej tle widać postacie ludzi wracających powoli na dół. xar patrzy z tęsknotą. Laurena odpływa do Neapolu, czekamy dopóki nie zniknie w oddali i wracamy do pensjonatu. Przechodzimy przez rynek, gdzie pierwsi turyści wracający znad krateru gorączkowo dzielą się wrażeniami. Nie możemy słuchać tych wszystkich „it was worth it”, „it was amazing!” itd. i idziemy spać.

Informacje praktyczne

Pensione – Guest House Aquilone. Via Vittorio Emanuele 29, Stromboli. http://www.aquiloneresidence.net

Cena: 20€ od osoby za pokój z łazienką. Możliwość wyżywienia na miejscu (śniadanie 5-6€, lunch 10€, kolacja z winem 20€). Aby dojść do pensjonatu z portu należy iść pod górę do kościoła (widaćgo – góruje nad San Vincenzo). Przejść przez taras przy kościele (z prawej strony restauracja, z lewej kościół), iść dalej obok siedzib Stromboli Adventures i Magmatrek po lewej i szpitala po prawej, aż do żółto – czerwonego budynku restauracji Barbablu. Za tą restauracją skręcić w pierwszą w lewo i iść do końca.

Miejscowe firmy, które organizują wyprawy do krateru:

  • Magmatrek (na „rynku” przy kościele) – http://www.magmatrek.it/english/index_en.htm
  • Stromboli Adventures (na „rynku” przy kościele, po sąsiedzku z Magmatrek)
  • Ageai (schodkami w dół z rynku w stronę portu).

Trzeba rezerwować miejsca z kilkudniowym wyprzedzeniem. Wyprawy ruszają do krateru z rynku ok. 16:00-16:30, wracają ok. 21:00-22:30

Galeria zdjęć:

Tags: , ,

Leave a Reply