Włochy 2007 – dzień 8 – Stromboli, Vulcano, Taormina
W związku z nieudanym oglądaniem wulkanu na Stromboli i żałością xara, zdecydowaliśmy się na wyprawę na wyspę Vulcano, na której też występuje działalność wulkaniczna w postaci fumeroli. Nie mieliśmy pojęcia, co to jest, naczytaliśmy się o zbawiennym wpływie jakiegoś wulkanicznego radioaktywnego błocka na urodę i chcieliśmy spróbować.
Wstaliśmy o 5:50 rano, spakowaliśmy się, zjedliśmy śniadanie i popłynęliśmy aliscafo Siremaru o 7:25 na Vulcano. Do portu praktycznie biegliśmy, wydawało nam się, że się spóźnimy, ale, jak zwykle, to wodolot się spóźnił. Drogę przespaliśmy.
Zgodnie z mapką na nabrzeżu, na Vulcano są 2 porty: Levante i Ponente. My wpłynęliśmy do Levante. Z portu, razem z plecakami poszliśmy za niemiecką wycieczką. Niemcy zawsze wiedzą, gdzie iść. Tym razem wyprowadzili nas z portu w prawo, prawie do końca nabrzeża, a potem w lewo, między 2 skały żółte od siarki. Trafiliśmy do słynnych fumeroli. Ledwo weszliśmy między te 2 skały, oczy zaczęły nam łzawić. Nie było czym oddychać. Powietrze przesycone było zgniłymi jajami, czy też, jak kto woli, siarkowodorem, do tego stopnia, że zdechły dotychczas xar wyprysnął do przodu i darł się na mnie, gdy wyjęłam aparat i chciałam sfotografować zjawisko. Rzeczywiście, istniało ryzyko, że smród przeżre soczewki w aparacie. Za jedną ze skał znajdował się dół z błotem, które bulgotało i wydzielało ten piekielny smród. W błocie siedziały grube stare baby i z błogością na twarzy robiły sobie okłady. Cała impreza była słono płatna. W błocie nie powinno się siedzieć dłużej niż 10-15minut (kobiety w ciąży nie powinny wcale) ze względu na tę radioaktywność. Stare baby nie wglądały, jakby im robiło różnicę, czy będą świecić w nocy.
Niemcy wyprysnęli razem z xarem, okrążyli dół z błotem i skręcili ku brudnej, pełnej petów, kamienistej plaży. Gdy ich dogoniłam, stali po kostki w morzu, wsadzali dłonie do wody i coś komentowali. Okazało się, że w wodzie widać miejsca, gdzie z dna uchodzą na powierzchnię bąbelki siarkowodoru. Wygląda to interesująco i można się zagapić, problem polega jednak na tym, że zapach zgniłych jaj utrzymuje się na dłoniach i stopach co najmniej do końca dnia.
Porobiliśmy zdjęcia temu księżycowemu krajobrazowi, do kolekcji dorzuciliśmy babę, która tuż obok dołu z błotem robiła sobie inhalacje na ławeczce nad swoistym kominkiem – miejscem, w którym spod powierzchni ziemi wydobywał się śmierdzący dym. Obserwowałam ją z fascynacją, nie zważając na pieczenie oczu, z odległości 5m. Nie płakała tak, jak ja. Twarda kobita to była.
Chcieliśmy się jak najszybciej wynieść z tego raju, przeklinając każdego, kto nas w jakikolwiek sposób namawiał na tę wycieczkę. Niestety najbliższy wodolot na Sycylię odpływał dobrze za godzinę. Wywaliliśmy się więc na karimatach na plaży, opalając grzeszne ciała. Miło byłoby się pokąpać, ale chętnych jakoś nie było.
Leżeliśmy sobie w najlepsze, starając się nie oddychać zbyt głęboko, gdy koło nas obok rozwaliła się kobieta w średnim wieku i jej facet. Ona zdjęła stanik, a urody, ani figury modelki nie miała, on z zapałem smarował ją kremem z filtrem. Pokazywała mu miejsca, które ominął. Rozmawiali po angielsku. xar nie wytrzymał, trącił mnie ze śmiechem, pytając czy widziałam. Nie myśląc wiele, wzruszając ramionami powiedziałam, że „dziadek ma zajęcie, a i pani się podoba” i tak sobie prowadziliśmy konwersację w tym duchu. Do momentu, gdy kobieta po polsku nie spytała xara: „Przepraszam, mógłbyś zrobić nam zdjęcie?”
Mina xara – bezcenna. Ja starałam się nie patrzeć w tamtą stronę. Państwo pozowali. Możecie mi wierzyć
Znając xara, zdjęcie wyszło bardzo artystyczne
Nasza godzina na plaży szczęśliwie dobiegła końca, uciekliśmy więc zostawiając miętoszącą się parę. Znaczy smarującą. Kremem z filtrem. To zdrowo :>.
W porcie, gdzie rozmawialiśmy już szeptem, wsiedliśmy ponownie na pokład Calypso, tym razem obyło się bez wieńców pogrzebowych. Zamiast podziwiać bezmiar morza, znowu się zdrzemnęliśmy.
W Milazzo, po szybkim uzupełnieniu prowiantu, pojechaliśmy autobusem AST, w którym tradycyjnie nie działały kasowniki, na dworzec. Rozważaliśmy podróż do Palermo, albo Taorminy. Ponieważ pierwszy odchodził pociąg do Messyny, zdecydowaliśmy się na Taorminę, zostawiając Palermo na „jeśli zdążymy”.
Rozwaliliśmy się na dworcu, śmierdzący tą siarką, z resztką wina w kartonie ze Stromboli, zjedliśmy lunch i walnęliśmy się na kamiennej ławeczce, niczym typowe żule.
W Messynie kupiliśmy bilety do Taorminy Giardini. Na tej trasie jeździ szynobus. Wyświetlane w nim są nazwy kolejnych przystanków, co ułatwia orientację. Przeglądaliśmy przewodnik w poszukiwaniu noclegu w okolicy. W Taorminie jest niby hostel, ale jakoś dotknęło nas zaćmienie umysłowe i zdecydowaliśmy się na kemping w pobliskim San Alessio Siculo. Chyba zmylił nas ten szynobus, pomyśleliśmy, że komunikacja funkcjonuje tu podobnie jak Circumvesuviana w Kampanii i nie ma sensu przepłacać za hostel, do tego dormitorium… Tory kolejowe biegły przy samym brzegu, mieliśmy nadzieję, że kemping leży też nad samym morzem i może wreszcie uda się wykąpać. Wysiedliśmy w San Alessio i zaczęliśmy szukać Campingu La Focetta Sicula. Notatka mentalna: nigdy więcej tam nie spać. Trafiliśmy na końcówkę sjesty, ale na szczęście właściciel szybko się znalazł. Wyznaczył nam miejsce pod jakąś wiatą, że niby schronienie przed deszczem (w oddali słychać było burzę). Rozbiliśmy się w towarzystwie plastikowych skrzynek na butelki i innego złomu. Tak szybko, jak się dało, zwinęliśmy się stamtąd do Taorminy.
Jak wykazała lektura przewodnika, z Taorminą jest taki psikus, że leży wysoko nad poziomem morza, na górze Taurus. Tymczasem linia kolejowa biegnie na poziomie morza. Ze względu na wysokościową rozbieżność, dworzec kolejowy nie znajduje się bezpośrednio w Taorminie, tylko między nią, a Giardini Naxos (też sławny kurort skądinąd) i nazywa się Taormina Giardini. Tuż przy wyjściu z dworca znajduje się przystanek Interbusu Etna, który za 1,30€ od osoby dowozi ludzi te 3km pod górę. Sama droga z Giardini do Taorminy jest genialna – wąska, pełna zakrętów, z pięknymi widokami. Kierowcy z lubością używają klaksonów. Wrażenia podobne jak na wybrzeżu amalfitańskim, warto pojechać.
Taormina to bardzo bogaty kurort. Dotarliśmy tam w naszym standardowym pogniecionym ubiorze trekkingowym. Po ulicach (właściwie jednej, która stanowi główny deptak Taorminy) kręciły się księżniczki w sukniach wieczorowych pod rękę z panami w garniturach. Wszędzie mnóstwo Niemców i Anglików. Próbujemy znaleźć amfiteatr, który podobno trzeba zobaczyć, ale szybko gubimy się w oznaczeniach trasy i postanawiamy po prostu przejść się starówką. Dochodzimy aż do głównego, oglądając wystawy ekskluzywnych butików. Na deptaku można kupić dosłownie wszystko, łącznie z luksusową łodzią, maybachem czy też apartamentem. Po drodze minęliśmy kilka ślubów, na które goście przyjechali porche i corvettami. Przy zamku podziwiamy panoramę brzegu morskiego dużo poniżej i robimy zdjęcia. Nasz statyw wzbudza powszechne zainteresowanie. Kończy nam się czas do ostatniego pociągu, więc wracamy na autobus, który dowozi nas do stacji kolejowej. Na stację wpadamy w ostatniej chwili przed pociągiem, próbujemy jeszcze kupić bilety, ale pan w okienku nie ma wydać. Za późno na szukanie rozmiany, decydujemy się na zakup biletów w pociągu. Zaraz po wsiądnięciu odszukuję konduktora i proszę o 2 bilety. Patrzy na mnie jak na kuriozum i mówi, że zaraz kolega się tym zajmie. Wychodzi kolega, tamten mu mówi, że chcę kupić bilety. Wołają trzeciego i patrzą na mnie z takim zdziwieniem, że domyślam się, że mogliśmy spokojnie jechać na gapę i pies z kulawą nogą by się nie zainteresował. Najwyraźniej nie znają polskich kanarów. Trudno, płacę i jedziemy spokojni, że nie przyjdzie nam płacić kar.
Wracamy na nasz zabity dechami kemping, po ciemku przez te magazynowo – hurtowniane okolice (patrz niżej: Informacje praktyczne), z przeświadczeniem, że zaraz ktoś da nam w łeb i na tym wycieczka się skończy. Gdy docieramy na miejsce, właściciel właśnie szykuje się do zamknięcia bramy na noc. Zapalamy sobie żarówkę pod naszą wiatą i kombinujemy, jak dostalibyśmy się na teren, gdy zamknął przed nami. Bierzemy zimny prysznic i idziemy spać.
Informacje praktyczne
Interbus Etna jest najważniejszym przewoźnikiem w regionie. Charakterystycznym kolorem autobusów jest niebieski (rzadko zdarzają się czerwone) z białym napisem „Interbus” lub „Etna”. Mają dworce i to z bileterią (rozpusta!), a kierowcy i pan w okienku mówią po angielsku (rozpusta do kwadratu!)! Dworce są na pewno w Taorminie, Katanii, Messynie, Syrakuzach. Niestety, nie jeżdżą do Milazzo. Co dziwne, autobusy trzymają się rozkładu (w granicach błędu – są korki itd.). Czasem podróż trwa nieco dłużej niż koleją (z Katanii do Syrakuz jechaliśmy Interbusem 1,5h, a w drugą stronę pociągiem 1h), ale są też tańsze od Trenitalii. Oszczędność jest rzędu 2-3€, ale komfort jazdy nieporównywalny z koleją. Autobusy są czyste i mają klimatyzację. Kierowcy widać, że lubią swoją pracę i siebie wzajemnie, pozdrawiają się, zatrzymują autobusy, żeby pogadać, gwiżdżą, śpiewają podczas jazdy, trąbią.
Camping La Focetta Sicula. Via Torrente Agro, San Alessio Siculo. Wysiąść na dworcu w San Alessio Siculo. Nie zdziwić się brakowi rzeczywistego dworca. Podczas naszego pobytu stanowiła go wiata, mały budyneczek był w remoncie, co nie przeszkadzało mieszkańcom od razu pomazać sprayem tego, co budowlańcom już udało się odnowić. Z dworca zejść w dół do głównej ulicy i skręcić w lewo. Iść z 15minut, aż zaczniecie wątpić czy droga zacznie się rozwidlać. Wybrać prawą odnogę i iść za drogowskazami (czyli gruntową drogą przez jakieś zapomniane przez Boga tereny fabryczno – hurtowniane). Kemping położony jest nad brzegiem morza. I to wszystko dobre, co można o nim powiedzieć. Facet, który go prowadzi nie mówi po angielsku. Na okienku recepcji ma znaczek Euro26, ale go nie honoruje. Kibelki wołają o pomstę do nieba – prysznice są w czymś co przypomina toi-toie. Ciepła woda jest na jakieś magiczne żetony, bo na pieniądze nie działa – myliśmy się w zimnej wodzie. Większa część kempingu jest wybetonowana – spróbujcie rozbić namiot i miłego snu na karimacie.
Galeria zdjęć:
Galeria zdjęć dnia 8:
Galeria wszystkich zdjęć z Vulcano:
Galeria wszystkich zdjęć z Taorminy:
