Włochy 2007 – dzień 9 – Taormina, Katania
Budzimy się rano, pogoda zapowiada się śliczna. Myjemy się, odstawiamy na bóstwo (włącznie z malowaniem paznokci), bo chcemy wyglądać jak ludzie w snobistycznej Taorminie. Przed opuszczeniem kempingu idziemy jeszcze zobaczyć morze, ale jakoś nie mamy ochoty na pływanie. Zbieramy graty i z plecakami na grzbietach jedziemy kolejką do Taorminy – Giardini, a potem Interbusem do Taorminy. Plan jest taki, żeby zostawić gdzieś plecaki na kilka godzin i pochodzić po mieście. Niestety, okazuje się, że w Taorminie nie ma takiej instytucji, jak przechowalnia bagażu. Próbujemy więc wcisnąć plecaki kolejno: babci klozetowej na dworcu autobusowym – z mizernym skutkiem – zostajemy zrugani od podstaw i nie za bardzo wiemy za co, bo pani krzyczy za szybko, żeby móc ją zrozumieć; panu w hotelu naprzeciwko dworca – spotykamy się ze spokojną odmową; pani w sklepie spożywczym – zdziwienie i odmowa; pani na stacji kolejki linowej – stanowcza odmowa. Spoceni i wściekli decydujemy się opuścić to dziwaczne miejsce i wsiadamy w Interbusa do Katanii (bilety za 2 sztuki – 8,60€).
Pan kierowca zachowuje się jak każdy kierowca autobusu we Włoszech, ręka za oknem, włoskie przeboje, ciemne okulary, klakson i pozdrawianie innych kierowców. No i to perfekcyjne manewrowanie niezgrabnym autobusem w wąskich uliczkach Giardini Naxos… Wstrzymujemy oddech przy mijaniu innych samochodów na żyletki. Podróż trwa około godziny.
Nie jesteśmy za bardzo przygotowani na wycieczkę do Katanii, bo nie mieliśmy jej w planach. Dysponujemy jedynie mapką z przewodnika i nie mamy zbyt wielu informacji o mieście. Nie wiemy na przykład, że jest to drugie – po Palermo - pod względem niebezpieczności miasto Sycylii, znane z mafijnych porachunków i tym podobnych atrakcji turystycznych. Może to i lepiej, że nie wiemy
Wysiadamy w pobliżu dworca kolejowego. Szukamy noclegów opisanych w przewodniku – konkretnie tego najbliższego w stosunku do dworca i starówki – B & B Sicilian Home przy Via Vittorio Emanuele II 66. Gdy wreszcie znajdujemy właściwy adres, okazuje się, że hostel przestał istnieć, ale na szczęście tuż obok pojawił się nieduży pensjonat. Zostawiam xara z plecakami i biegnę na górę spytać, czy są miejsca. Pani potwierdza i mówi, że ze względu na to, że jest już po sezonie, za 2-os. pokój będziemy musieli zapłacić tylko 50€. Wydaje mi się, że to sporo. Idziemy dalej, do kolejnego hostelu znajdującego przy Piazza Curro 6, obok Pescherii – sławnego targu rybnego. Pescheria robi na nas duże wrażenie, mimo, że dzień targowy ma się już w zasadzie ku końcowi i większość kramów zwija się właśnie z placu. Nie mogę przejść obojętnie obok pachnących melonów – kupujemy jednego na później (0,50€). do tego kilka plasterków wędlin i sera z kramu, który ma lodówki. Nie mamy teraz siły i czasu przyglądać się bardziej, czy robić zdjęcia. Zależy nam na szybkim zdjęciu plecaków z pleców. Od Pescherii podążamy za drogowskazami, które doprowadzają nas do hostelu. Młody chłopak płynnym angielskim pyta, czy mamy rezerwację, gdy zaprzeczamy, oświadcza, że możemy mieć miejsca, ale będzie musiał zlikwidować czyjąś rezerwację, a to musi mu się opłacać. Będzie mu się to opłacało za równo 50€. xar kręci głową, wracamy do pierwszego hotelu. Ładujemy się z plecakami na drugie piętro kamienicy i dostajemy czysty, dwuosobowy pokój z łazienką, klimatyzacją i, jak się okazuje następnego dnia, śniadaniem. Po lekturze przewodnika wolimy spytać, ile musimy dopłacić za klimę i śniadanie, pani patrzy na nas zdziwiona i mówi, że „wy, Polacy, jesteście dziwni, za wszystko chcecie dopłacać!” Nie to nie ;p
Robimy siku (można usiąść na desce, jaka ulga!) o mało nie dostając zawału, gdy włącza się pompa dostarczająca wodę na nasze piętro, kąpiemy się i wychodzimy zwiedzać. Pierwsze, co rzuca się nam w oczy to brak wszędobylskich Niemców. Wydaje nam się to dziwne, ale jeszcze wówczas nie daje nam do myślenia. W związku ze skąpymi informacjami i małą mapką w przewodniku, zdajemy się na mapę z zaznaczonymi atrakcjami turystycznymi, którą otrzymujemy od pani w hotelu. Postanawiamy po prostu przejść się po mieście, w miarę możliwości zaliczając punkty z mapy.
Zaczynamy standardowo – od Piazza del Duomo di Sant’ Agata. Środek placu zajmuje fontanna z pomnikiem słonia i obeliskiem. Słoń został wyrzeźbiony z bloku zastygłej lawy z Etny i z czasem stał się symbolem miasta. Pod fontanną pod wieczór gromadzą się starsi panowie i młodzież. Obserwują życie i plotkują. Nie mam pojęcia, co w tym czasie robią starsze panie. Pewnie kolację mężowi.
Główną atrakcją Piazza del Duomo jest sama duomo – czyli katedra. Katedra sama w sobie szału specjalnego nie robi, natomiast zaciekawia nas szklana trumna umieszczona pod prawą ścianą. Nie wiem czemu – mamy niezdrowe skojarzenia ze Śpiącą Królewną – do czasu, gdy nie podchodzimy bliżej. Bliższy ogląd trumny ukazuje nam św. kardynała Giuseppe Benedetto Dusmet, zasłużonego dla Katanii. Jego twarz przykrywa metalowa maska, natomiast ręce… Ręce są prawdziwe… Wyschnięte… Czarne… Straszne! Potrzęsło nami i musimy się szybko oddalić. Tuż przy wyjściu zatrzymuje nas drugi grób, który ściąga do Katanii rzesze fanów opery – grób Vincenzo Belliniego. Jest on zdecydowanie mniej makabryczny, żadnych widocznych szczątków ludzkich, za to anioł strzegący sarkofagu i nuty na podłodze.
Po prawej stronie (zakładając, że za plecami mamy Via Vittorio Emanuele II) Piazza del Duomo zwęża się i przechodzi w Piazza Curro, na którym mieści się osławiona Pescheria. Pomiędzy dwoma placami znajduje się fontanna dell’ Amenano. Ładny pomnik, pod którym płynie woda i przy którym można liczyć na orzeźwiającą mgiełkę wodną w upalny dzień.
Gdy wreszcie docieramy do Pescherii jest już prawie po zawodach. Większość kramów już się zwinęła. Po targu został tylko brud i odpady. Pod ścianami domów, pod latarniami leżą – że tak powiem – flaki sprzedawanych zwierząt, resztki owoców i warzyw. Kilka osób ze służb miejskich wężami polewa plac wodą, usuwając zanieczyszczenia pozostałe po targu. Nic tam po nas, obiecujemy sobie wrócić następnego dnia rano. Póki co – jest wczesne popołudnie, upał niemiłosierny, ale jesteśmy dzielni i z przewodnikiem w ręku udajemy się w górę Via Vittorio Emanuele II, do Piazza San Francesco d’Assisi – Placu Św. Franciszka z Asyżu. Przy placu tym mieści się kościół św. Franciszka, podobno ładny, ale akurat odbywa się w nim ślub – trafiamy na parę młodą klęczącą przed ołtarzem i nie chcemy przeszkadzać. Idziemy dalej, szukamy amfiteatru. Wskazówki w przewodniku są jednak na tyle zawiłe (albo nam miesza się już w głowach z gorąca), że nie znajdujemy go (choć znajduje się on dosłownie 2 kroki od placu św. Franciszka!). Zniechęceni, zawracamy. Mijamy zaniedbane, wyludnione kamienice, nie czujemy się z pewnością tak bezpiecznie, jak w Taorminie.
Odbijamy w lewo, w Via Crociferi w poszukiwaniu kolejnych kościołów zaznaczonych na mapce. Oglądamy fasady, nie wchodzimy do środka. W jednej z bram zaskakuje nas widok grupki policjantów, którzy ewidentnie schowali się przed światem na papierosa i bardzo się starali nie rzucać w oczy i nie prowokować kłopotów. Jeszcze, nie daj Boże, zobaczyliby coś, czego widzieć nie chcieli.
Docieramy do Via Sangiuliano, z mapą w ręce zastanawiamy się, co dalej, priorytetem stają się bilety powrotne do Rzymu – po pierwsze wcześniej kupione mogą być tańsze, po drugie – w ogóle mogą być. Obieramy więc kurs na dworzec, gdy nagle zauważamy jakiegoś tubylca machającego do nas przez skrzyżowanie. Niepewnie podchodzimy do jego samochodu, zaparkowanego, a jakże, na środku jezdni tuż przed skrzyżowaniem. Tubylec ma na imię David, na oko trzydzieści parę lat. Z wielkim entuzjazmem pyta, czy jesteśmy turystami – potwierdzamy. Mówi, że zauważył mapę i żebyśmy ją pokazali. Ogląda i stwierdza, że nic ciekawego na niej nie ma i że opowie nam, co na pewno powinniśmy zobaczyć. Przeprasza za swój angielski, ale od 17 lat go nie używał i trochę zapomniał, co naprawdę nie szkodzi, bo posiłkuje się słowami włoskimi, które rozumiemy, albo gramy w kalambury na migi, albo opisuje nam coś, a my zgadujemy po angielsku. Jest zachwycony przebiegiem rozmowy, a i nam podoba się łatwość, z jaką się dogadujemy. Mówi, że czeka na dziewczynę, która studiuje na uniwersytecie i właśnie zaraz kończy zajęcia. Pokazuje kolejne punkty na mapie, między innymi kościół św. Mikołaja (San Nicolò l’Arena) na końcu Via Sangiuliano, który, jak mówi, stanowi kalendarz słoneczny. W ścianach kościoła są otwory, przez które na posadzkę padają promienie słoneczne, wskazując datę i co powinno się w danym okresie robić. W zależności od pory roku i nachylenia słońca nad horyzontem, promienie słoneczne przechodzą przez inne otwory w ścianie, pokazując kolejne daty i czynności takie, jak sianie zboża itd. Jesteśmy bardzo zainteresowani, wypytujemy o kolejne rzeczy. Ze skupienia wyrywa nas klakson autobusu – przypominamy sobie, że cała rozmowa toczy się na środku ruchliwej jezdni, ale kierowca autobusu wcale nie ma o to pretensji – po prostu ostrzega, żebyśmy nie zrobili nagłego kroku w tył i nie wpadli pod koła. Zaczynamy zwracać baczniejszą uwagę na ruch drogowy odbywający się koło nas – kilkukrotnie mija nas samochód Carabinieri, a siedzący w nim funkcjonariusze nawet nie spojrzą w naszą stronę. Samochody wymijają nas płynnie, czasem tworzy się mały korek, jednak jedyne klaksony to te pozdrawiające Davida – od razu mówi nam, kto trąbił. W pewnym momencie nadchodzi dziewczyna Davida, którą ten całuje czule i chwali, że jej angielski jest dużo lepszy. Stoimy tak i rozmawiamy jeszcze dłuższą chwilę. David kreśli nam ramy obszaru, który warto w Katanii zobaczyć. Tu zobaczcie to, ta ulica jest ciekawa, tam nie warto. Chłoniemy tę wiedzę, starając się wszystko zrozumieć i zapamiętać. W pewnym momencie David wskazuje na żółte zapory opasujące obszar robót drogowych parę przecznic od nas: „You see this yellow thing? Don’t go there, it’s not a good place. Bad girls… hoookers… No, don’t go there!” Odpowiadamy, że OK i żegnamy się, dziękując za informacje. David i jego dziewczyna odjeżdżają, a my patrzymy na siebie i zaczynamy się śmiać. Jak to: „don’t go there”?! Tam jest masz hotel i dworzec kolejowy!
Szybkim krokiem, uzupełniając płyny w ulicznych fontannach (no, nie dosłownie – w tych zdrojach, źródełkach, czy jak to zwać), idziemy na dworzec. Kupujemy bilety na najtańszy, nocny pociąg z Messyny do Rzymu (67,60€ za 2 osoby). Mamy miejscówki, więc mamy pewność, że będziemy siedzieć. Możemy wrócić do zwiedzania.
Postanawiamy zobaczyć kościół św. Mikołaja opisany przez Davida. Idziemy Via Sangiuliano pod górę. Na końcu w pierwszej kolejności trafiamy na Klasztor Benedyktynów. Wchodzimy do środka, myśląc, że to jakaś uczelnia (prawdopodobnie była to biblioteka). Nikt nas nie zaczepia, mijamy grupki młodzieży, robimy kilka fotek, wychodzimy na zewnątrz i idziemy w stronę przyległego kościoła z otworami w ścianach, domyślając się, że to jest kościół św. Mikołaja. Niestety, obiekt jest w remoncie, nie możemy wejść do środka. Kręcimy się na półokrągłych schodkach przed kościołem, gdy podchodzą do nas dwie uśmiechnięte dziewczynki w wieku około 10, najwyżej 14 lat. Mówią do nas coś po włosku, odpowiadamy po angielsku, że nie rozumiemy. Naradzają się między sobą i po angielsku mówią „watch”, pokazując na przegub. Myślimy, że chcą wiedzieć, która godzina, więc podajemy im czas, a potem pokazujemy zegarek, żeby same zobaczyły. Na to dziewczynki, z uśmiechami na ustach, mówią „watch wants we”. Patrzymy po sobie – o co im chodzi? Powtarzają: „watch wants we!” i zaczynają gestykulować, żebym oddała im zegarek. Kręcę głową, mówiąc, że jest mój. Odwracamy się i próbując nie zwracać na nie uwagi, robimy dalej zdjęcia, ale po chwili dochodzimy do wniosku, że dziewczynki się wkurzą, pójdą po ojca i wujka i zabiorą nam siłą zegarek i aparat do tego. Stwierdzamy, że nie ma co czekać na taki rozwój wydarzeń i, zszokowani, oddalamy się szybkim krokiem. Dziewczynki chwilę idą za nami, ale szybko rezygnują.
Wracamy drugą stroną Via Sangiuliano i trafiamy na kram sprzedający t-shirty. Ponieważ xar zazwyczaj stara się przywieźć sobie koszulki z podróży (ja – kubki), zaczynamy oglądać wystawiony towar. Już z daleka widzimy, że wystawione koszulki są niesamowicie brudne – zakurzone, poplamione, pogniecione. Ochota na wszelkie zakupy nam odchodzi. Jak ktoś może próbować sprzedać coś takiego?!
Coraz bardziej zadziwieni schodzimy w dół Via Sangiuliani i odbijamy w lewo w Via Etnea. I nagle po raz kolejny jesteśmy w szoku, bo naszym oczom ukazuje się szeroki bulwar, pełen butików, modnie ubranej młodzieży, biznesmenów z komórkami… Kompletne przeciwieństwo zaniedbanych rejonów, które dziś zwiedziliśmy! Pół godziny wcześniej dwie dziewczynki z wielkim tupetem próbowały wyłudzić ode mnie zegarek, a chwilę potem – jakbyśmy przeszli przez jakieś kosmiczne wrota – normalny świat! Znaleźliśmy nawet McDonalda. Stwierdzamy, że należą nam się lody i kawa. Wchodzimy i stajemy w kolejce. Za chwilkę podchodzi do nas mały, może 6-cioletni chłopiec, wyciąga rękę i prosi: „Siniora, la moneta..” Opadają nam ręce. Wychodzimy, mamy dosyć wrażeń.
Bocznymi uliczkami próbujemy wrócić do naszego hotelu, pamiętając, że znajduje się on w „not a good place”. Staramy się jeszcze coś przy okazji zobaczyć, więc trafiamy na Piazza Vincenzo Bellini. Siadamy na ławeczce, przeglądamy mapę i, zmęczeni, cykamy jeszcze jedno, czy dwa zdjęcia Teatro Massimo Bellini. Chwilę później dosiada się do nas jakiś chłopak, wyciąga jakieś kartki ze wzorami, igłę i próbuje namówić nas na zrobienie sobie tatuażu. Tu i teraz, na ławeczce. Stanowczo odmawiamy, rozmawiamy między sobą, ale facet nie chce ustąpić. Zaczepia nas, podsuwa te kartki i tę igłę, mówi, że tanio. Odsuwamy się, nic to nie daje. W końcu krzyczymy na niego, co zresztą nie robi na nim specjalnego wrażenia. Facet zachowuje się, jakby był wstawiony, może na haju. Nic do niego nie dociera. Mamy już niezłego stracha. Boimy się tego, co może być na tej igle i czy koleś z frustracji nie postanowi nam tego przekazać, wbijając ją gdzieś. Odchodzimy stamtąd szybkim krokiem. Jest jeszcze wcześnie, wracamy na Piazza del Duomo, siadamy pod słoniem obok staruszków i przyglądamy się trzem, prowadzonym równolegle sesjom zdjęciowym dla młodych par. xar robi zdjęcia zza kulis panu, który skrada się z reflektorem za panną młodą, potem drugiemu, który usiłuje usadzić pannę młodą w sukni a la beza na rowerze.
Ściemnia się. Jesteśmy zmęczeni, staramy się jak najszybciej dotrzeć do hotelu. Pierwszy raz podczas tej podróży barykadujemy się w pokoju o godzinie 19:00. Boimy się ryzykować życia nocnego w Katanii. Przestajemy się dziwić brakowi Niemców. Wieczorem otwieramy drzwi balkonowe wychodzące na Via Vittorio Emanuele II, widzimy sznur samochodów sunących w obie strony i domyślamy się, że mieszkańcy nie mają takich oporów, jak my. Nagle tuż pod naszym oknem zatrzymują się dwa samochody. Przyglądamy się dziewczynom przechodzącym z jednego z nich do drugiego. Otóż i te bad girls.
Jemy kolację i rozmawiamy o miejscu, w którym się znaleźliśmy. To jakieś ekstremum, nie byliśmy na to przygotowani. Na pewno nie po Taorminie! Czy tak właśnie wygląda prawdziwe oblicze Sycylii? xar twierdzi, że czuje się w Katanii podobnie nieswojo, jak czuł się po zmroku w Neapolu. Dla mnie Neapol był szczytem bezpieczeństwa w porównaniu do Katanii. Ustalamy, że jutro trzeba się stąd wynieść. Pojedziemy do Syrakuz. Póki co – czeka nas noc w luksusach. Ciepły prysznic, miękkie łóżka, pościel.
Galerie zdjęć:
Galeria zdjęć dnia 9:
Galeria wszystkich zdjęć z Taorminy:
Galeria wszystkich zdjęć z Katanii:
