Włochy 2007 – dzień 10 – Katania, Syrakuzy

Rano wsuwamy naprędce śniadanie, pakujemy się, nie chcemy tracić dnia. Do Syrakuz kawał drogi, a chcemy jeszcze zobaczyć Pescherię. Meldujemy pani w hotelu, że wrócimy za jakieś pół godziny i jeszcze zostawiamy plecaki. Nie ma problemu.

Pescheria to teoretycznie targ rybny. W praktyce można tam kupić wszystkie produkty żywnościowe. Owszem, jest dużo kramów z rybami,  ale wiele oferuje też owoce, warzywa, wędliny i, o zgrozo, mięso. O zgrozo, gdyż mięso sprzedawane jest w warunkach skandalicznych. Oskubane z piór, związane w pęczki kury wiszą głowami w dół  z wiaty kramu. Ich zamglone oczy patrzą na przechodzących. Nieuważny i za bardzo gestykulujący turysta może je stamtąd strącić – nawet nie chcę myśleć, co wtedy. Obdarte ze skóry cielęta w tej samej pozycji straszą parę kramów dalej. Ryby z niebieskich, olbrzymich misek, bądź skrzynek ze sklejki, sprzedawane są wprost z chodnika. Podobnie owoce i warzywa. Wszystko to w rozpoczynającym się właśnie upale. Czy na pewno mamy XXI wiek i jesteśmy w Europie? Czy oni nie mają Sanepidu? Obrzydliwość!  Staramy się dyskretnie robić zdjęcia, ale słyszymy niezadowolone głosy sprzedających i zwijamy interes. Mamy dosyć wrażeń.

Wracamy do hotelu, jemy śniadanie i biegniemy na dworzec kolejowy. Upał trwa w najlepsze, na szczęście w Katanii co kawałek trafiają się zdroje uliczne (takie, jak w Rzymie) i możemy ugasić pragnienie. Tym bardziej zaskakuje nas soczysta zieleń trawników okalających dworzec. Widać, że są solidnie i regularnie nawadniane i pięknie utrzymane, co wydaje nam się dziwne w połączeniu z ponurymi, zaniedbanymi kamienicami, sąsiadującymi z dworcem.

Próbujemy kupić bilety do Syrakuz, ale nie ma dogodnego połączenia. Pani w informacji sugeruje nam autobus. Dworzec autobusowy, choć trudny do znalezienia, znajduje się po sąsiedzku. Kupujemy bilety i pytamy kiedy odchodzi autobus – za 3 minuty. Biegniemy na stanowiska autobusów, przerażeni, że nie zdążymy, ale oczywiście autobus ma opóźnienie (choć minimalne). Wsiadamy i z ulgą żegnamy Katanię. W autobusie przeglądamy przewodnik w poszukiwaniu noclegu w Syrakuzach. Typujemy kilka hosteli.

Z autobusu wysiadamy, przy Foro Siracusano niedaleko Ortigii – wyspy w Syrakuzach. Jest potwornie gorąco. Kierując się mapką z przewodnika szukamy hostelu. Okazuje się, że powinniśmy byli wysiąść bliżej centrum. Trudno, nie rozpracowaliśmy na czas przystanków. Z niepokojem dźwigamy plecaki przez Syrakuzy, zastanawiając się, czy spodziewać się raczej przepychu Taorminy, czy szemranej atmosfery Katanii.

Znajdujemy hostel, a raczej Hotel Centrale przy Corso Umberto I 141. Niezbyt przyjemna pani kwateruje nas w 4-osobowym pokoju z piętrowymi łóżkami. Łazienka jest mikroskopijna i niezbyt czysta. Kąpiemy się i wychodzimy. Po drodze z powrotem na Ortigię jemy śniadanie w jakimś barze – sklepie garmażeryjnym, sprzedającym przekrój kuchni włoskiej. Szybko, sycąco i o dziwo smacznie i bez późniejszych problemów żołądkowych.

Dzień spędzamy na Ortigii. Chowamy przewodnik do plecaka i po prostu spacerujemy. Nadbrzeżnym deptakiem Foro Vittorio Emanuele II, w cieniu szpaleru drzew, zmierzamy do Fonte Aretusa. Po drodze fundujemy sobie lody – w końcu Włochy są ojczyzną lodów – są potwornie słodkie, trochę nas mdli.  Jachty zacumowane przy nabrzeżu przywodzą raczej na myśl Taorminę niż Katanię, więc zaczynamy czuć się pewniej. Jest szansa, że nikt nie będzie zasadzał się na mój, skądinąd zupełnie zwyczajny, zegarek.

Dochodzimy do Fonte Aretusa. Fonte Aretusa to cud na małą skalę – źródło wody słodkiej może z 10m od brzegu morza. Wg legendy, nimfa Aretusa została zamieniona w źródło przez Artemidę w celu obrony jej cnoty przed czyhającym na nią bogiem Alfejosem. Obecnie źródełko zamieszkują kaczki, przepychające się między kępkami papirusów.

Dochodzimy do cypla, na którym usytuowany jest Castello Maniace. Wejścia do czerwonego, monumentalnego zamku broni szlaban, nie bardzo wiemy, co znajduje się dalej, mamy wrażenie, że jest to teren wojskowy, więc nie pchamy się tam za bardzo.

Wracamy w stronę lądu Longomare d’Ortigia i dalej Via Eolo. Trafiamy na taras widokowy oraz skałę wystającą z wody, która jest swego rodzaju „plażą” dla tubylców. Zejść na nią można za pomocą metalowych schodów, obok których znajdują się również prysznice ze słodką wodą. Obiecujemy sobie wrócić tu po południu. Póki co – jest jeszcze trochę do zobaczenia.

Docieramy do Piazza del Doumo i zalegamy pod parasolem jednej z knajpek z widokiem na Duomo. Nie ma to jak zimne piwko pod kościołem :D   Po krótkim odpoczynku wchodzimy do Duomo, obejrzeć zachowane tam kolumny doryckie dawnej świątyni ku czci Ateny, wtopione ściany obecnej świątyni katolickiej. Robią wrażenie.

Zaglądamy też do bramy budynku obok Duomo, który jest chyba czymś w rodzaju ratusza, i odkrywamy tam piękną starodawną karocę wystawioną na widok publiczny w przeszklonym pomieszczeniu.

Szwendając się dalej trafiamy pracownię, muzeum i teatr marionetek – Il Museo Aretuseo dei pupi przy Via Giudecca 17/19 – kilka kroków od Piazza del Duomo. Niestety jest zamknięte z powodu z sjesty. Przez zakratowane wejście udaje nam się jedynie zajrzeć do wnętrza pracowni, gdzie z drewna powstają piękne lalki rycerzy w lśniącej zbroi oraz pięknych księżniczek.

Idziemy dalej. Malownicze kamieniczki przy wąskich uliczkach sąsiadują ze zrujnowanymi lub remontowanymi budynkami. Odnosimy wrażenie, że Ortigia się rewitalizuje, choć dalej pachnie historią. Trafiamy na Via Galilei, potem zauważamy skrzynkę pocztową z nazwiskiem Petrarca. W końcu dochodzimy do najbardziej okazałego Piazza Archimede, z piękną fontanną po środku i równie pięknymi pałacami dokoła.

Wracamy na Via Eolo. Postanawiamy chwilę odpocząć i popływać w zatoczce, w której miejscowi urządzili sobie kąpielisko. Woda w sam raz zimna, w sam raz ciepła – ożywcza. Fale rozbijane przez skały, okalające zatoczkę unoszą delikatnie. Można zasnąć. Bardzo podoba nam się rozwiązanie z prysznicami – zmywamy z siebie sól morską i jeszcze chwilę leżymy na skałach schnąc i opalając się. Trafiamy również na Polaków będących na wycieczce. Widać, że bywają tu często, jesteśmy mocno bladzi przy nich.

Woda szybko wysysa z nas resztki sił, robimy się głodni i to prowadzi do problemu. Pomimo, że robi się późno wszystkie restauracje jeszcze pozamykane. Niedaleko naszego hostelu znajdujemy supermarket, gdzie kupujemy standardowo jakąś sałatę i sos, które będą stanowić naszą kolację :) . Wracamy do pokoju i spotykamy naszego współlokatora. Jest nim brytyjski bibliotekarz, który ma aspiracje do zostania pisarzem. Gadamy z nim chwilę, wydaje nam się nieco dziwny, jego aspiracje literackie stają się drażniące, więc idziemy spać. :)

Nie mamy siły na wyprawę na Ortigię po zmroku, szkoda, bo podobno jest prześlicznie oświetlona. Cóż, jest to 10 dzień naszej męczącej podróży, musimy trochę odpuścić..

Galeria zdjęć:

Tags: , ,

Leave a Reply