Hiszpania 2008 – dzień 2 – Tarragona

Rano, po niespiesznym śniadaniu, podejmujemy decyzję, że wynosimy się z Cadaques i jedziemy na południe, więc wracamy do Figueres. Autobus odchodzi o 10:25, mamy bardzo mało czasu. Szybkie pakowanie, dobiegamy na dworzec w ciągu 15 minut i widzimy, jak nasz autobus właśnie odjeżdża. Jesteśmy wściekli, że tak niewiele nam zabrakło. Nagle tuż obok nas zaczynają machać na niego  jakieś dziewczyny. Nie widzimy większych szans na powodzenie, ale machamy z nimi. Autobus się zatrzymuje, kierowca jest wściekły, marudzi, że on nie może tutaj stać, że policja go złapie (we Włoszech się jakoś nie przejmowali..). Jedna z dziewczyn puszcza do nas oko, rozumiemy, że to taki rytuał. Kierowca macha rękoma, gada i gada, ostatecznie, na nasze błagalne „please”, otwiera luki bagażowe, pakujemy rzeczy i szczęśliwi wydajemy kolejne 9€ od głowy na bilet do Figueres. Mieliśmy duże szczęście – następny autobus za 2 godziny.

Decydujemy, że jedziemy do Tarragony. W Figueres okazuje się, że nie ma bezpośredniego połączenia, musimy najpierw złapać pociąg do Barcelony za niecałą godzinę, o 12:03.  W Barcelonie jesteśmy o 13:46, w biegu kupujemy bilety, okazuje się, że pociąg do Tarragony odjeżdża za parę minut. Zdążamy. Czas podróży to ok 1,5 godziny.

Przy wyjściu z dworca w Tarragonie łapiemy podejrzanie wyglądającego, dość zaniedbanego i bezzębnego gościa (ochroniarza? sprzątającego? – xar twierdzi, że policjanta…) z pytaniem gdzie znajdziemy informację turystyczną. Ku naszemu zdziwieniu, facet mówi po angielsku – z dziwnym trochę akcentem, ale płynnie tłumaczy nam, jak iść. Na prawo od dworca wzdłuż brzegu morza, obok ronda schodami do góry, do końca ulicą, gdy będzie ona zakręcać w lewo idziemy nią nadal aż dojdziemy do skrzyżowania. Po prawej stronie będzie kabina IT. Jest upał, zaczęła się sjesta. Znajdujemy te schody i wyrywa nam się jęk na widok wysokości, na którą musimy się wspiąć, co kwitują śmiechem 2 starsze kobiety, które choć bez plecaków też mają trudność w ich pokonaniu. Upewniamy się, czy jesteśmy na dobrej drodze. Chwilę ze sobą konferują po hiszpańsku i kiwają głowami. Wspinamy się dalej. Jesteśmy na Baixada de Toro. Widok z góry jest oszałamiający, zamiast jednak podziwiać wciąż pniemy się pod górę stromą uliczką. Mijamy Rambla Nova i dochodzimy do Passeig de les Palmeres (zdjęcie, zdjęcie, zdjęcie), ocienionego palmami placyku z widokiem na Cudowną Plażę – Platja del Miracle (zdjęcie). Rozkładamy się na ławeczce – nie widać informacji turystycznej. xar zostaje z plecakami, ja wracam na Rambla Nova i podpytuję kelnerów w restauracjach. Nikt nic nie wie. Dziwne.. W końcu ktoś wskazuje mi drogę, informacja znajduje się w szklanej budce za ronde – między Passeig de Sant Antoni a Via Augusta. Jednak na miejscu okazuje się, że informacja jest zamknięta na czas sjesty – do 18:00! Na drzwiach jest mapka z zaznaczonymi innymi punkami informacji, które mogą być otwarte. Najbardziej prawdopodobny jest punkt na Starym Mieście, przy Carrer Major. Zostaję z bagażami, zaś Anka lata szukać informacji. Czekam 15 minut, pół godziny, godzina, ona nie wraca. Zaczynam się denerwować. Telefon zostawiła, nie ma żadnego kontaktu. Po 1,5 godzinie, gdy już zacząłem kombinować, gdzie zostawić bagaże i udać się na policję, ostatecznie wróciła. Tyle, że ze złymi wieściami.

Wyposażona jedynie w mapkę z przewodnika – niezbyt czytelną – zwiedziłam w zasadzie całą starówkę na wschód od Rambla Vella. Tarragona to najlepiej zachowane rzymskie miasto poza granicami Włoch. I rzeczywiście – Starówka jest piękna. Gdybyśmy mogli tylko zwiedzić ją na spokojnie.. Błądząc po uliczkach zostałam zaczepiona przez parę Anglików, którzy spytali, czy szukam informacji turystycznej. Odpowiedziałam, że tak. Pokazali mi, gdzie to jest, dodając jednak, że jest zamknięta z powodu sjesty, oni też chcieli skorzystać. Spytali, czy nie mam mapy – nie miałam. Powiedzieli, że oni mają dwie i mogą mi jedną dać. Podziękowałam grzecznie. „4euro!” – zażartowali. Dałam się nabrać. Na mapce zaznaczone były inne punkty informacji. Poszłam więc jeszcze na Via de L’Imperi Roma – z takim samym skutkiem. Zniechęcona, zmęczona i odwodniona wracam do xara.

Wszystkie informacje turystyczne są zamknięte, a my jesteśmy w dupie. Nie wiemy, gdzie szukać kempingu, cały dzień w zasadzie zmarnowaliśmy. Tarragona jest bardzo ładnym miastem, ale tylo ja je zwiedziłam. Do wyboru mamy albo czekać na otwarcie informacji i próbować dostać się do jakiegoś kempingu tutaj, albo wsiadać w pociąg i próbować w pobliskim Salou, do którego i tak mamy zamiar wybrać się jutro. Boimy się jednak, że tam sytuacja się powtórzy. Nasz przewodnik wzmiankuje, że „przy Platja Llarga  ciągną się kempingi Las Palmeras (…), i Las Salinas (…), przy Platja Tamarit Tamarit Park…” itd. itp., tylko nie raczy wspomnieć, gdzie to jest. Nie napisali nawet w którą stronę! Napisali za to, że można tam się dostać autobusem nr 1 i 3 z Plaça Corsini. Idziemy więc na Plaça Corsini. Okazuje się, że ruch na Plaça Corsini jest wstrzymany, ponieważ na środku wybudowano pawilon targowy. Nie ma tam żadnego przystanku. Z mapy wynika, że obok powinna być następna budka informacji turystycznej. Dochodzi 18:00, powinna być czynna. O godzinie 18:00 pojawia się laska od obsługi. Za cholerę nie idzie się z nią dogadać, mimo, że mówi po angielsku. Ani ja, ani Anka w dwóch podejściach nie potrafimy się dowiedzieć niczego o dotarciu na kempingi, poza tym, że są one daleko. Gdy pytamy o autobus pokazuje bliżej nieokreślony kierunek. I koniec. Błądzimy po okolicy, znajdujemy przystanek linii nr 9, o której mówiła. Autobus odjechał 5minut temu, następny za 40minut. Nie mamy farta tego dnia. Nie można być już bardziej w dupie. Czekamy. Gdy autobus wreszcie nadjeżdża, pytamy kierowcę, czy jedzie na camping. Wygłasza długą przemowę, z której rozumiemy jedynie „No, no”. Okazuje się, że prawdopodobnie jedzie on nie w tę stronę co trzeba. Klientka z IT źle nam wytłumaczyła. Najgorzej, że kierowca też nie za bardzo potrafi się z nami dogadać, gdzie powinniśmy złapać busa w drugą stronę. Wskazuje nam ręką kierunek, w którym prawdopodobnie powinniśmy szukać naszego przystanku. Błądzimy dalej. Trafiamy na jakiś dworzec autobusowy, którego wcześniej nie widzieliśmy. Próbujemy się z kimś dogadać. Nikt nie mówi ani słowem po angielsku. Masakra. Spędzamy tam jakąś kolejną godzinę, jednak nikt nie potrafi nam pomóc.

W ogólnym poirytowaniu wracamy na dworzec kolejowy, bluzgając na wszystko co dookoła. Pociąg do Salou odjeżdża za pół godziny. xar rzuca pomysł, że może pogadać z taksówkarzami.  Mówię, żeby próbował. Ja mam dość. Kierowca oznajmia mi, że zawiezie nas na kemping za około 20€. Nie mamy zbytniego wyboru, bierzemy. Jedziemy około 20 minut trasą szybkiego ruchu do kempingu Park Tamarit. Jak się okazało, jest to najdalej położony kemping od miasta (skąd mieliśmy o tym wiedzieć? Nasz przewodnik pomija ścisłym milczeniem takie nieistotne informacje). Wcześniej mijaliśmy np. Catalonię, która jest w tej samej, najwyższej klasie jakości (1a). Nasz Park Tamarit jest ogromny, na oko kilka hektarów i tylko 3 wolne miejsca. Bierzemy i płacimy zawrotną cenę 46€ za 2 osoby i namiot za jedną noc. Trafiliśmy akurat na ostatni dzień drogiego sezonu. Pan w kasie próbuje zabłysnąć zmieniając w czasie rozmowy język z angielskiego na niemiecki. Gdy dowiedział się, że pochodzimy z Polski, bardzo nas za to przepraszał ;) Po zakwaterowaniu, każdy mieszkaniec dostaje kartę magnetyczną z danymi i zdjęciem, która uprawnia m.in. do korzystania z basenu.

Kemping jest głośny. Dużo ludzi i dzieci. Warunki sanitarne bardzo dobre. Do tego basen, jacuzzi, boiska tenisowe, do kosza, squasha, piłki nożnej, stoły do pingponga, supermarket, bary, dobra informacja turystyczna, piekarnia, lekarz(!). Do tego wieczorami koncerty zespołów. Wszystko na terenie kempingu. Mimo tych zalet, trochę ciężko jest wbić śledzie od namiotu. :P Nie ma jednak żadnego wiatru, więc olewamy sprawę, rozkładamy namiot byle jakoś stał i idziemy pochodzić po plaży.

Widok z lotu ptaka na fragment kempingu i plażę Tamarit: zdjęcie.

Plaża wieczorem po takim dniu, jak ten, jest cudowna. Woda chłodna, szum fal uspokaja. Z jednej strony mamy widok na pięknie podświetlony zamek (zdjęcie)  i w oddali światła Tarragony, z drugiej zaś w oddali latarnię morką gdzieś w Torredembarra (zdjęcie, zdjęcie) i mniejszą na umocnieniach w Altafulli (zdjęcie). Dochodzimy do zabudowań Altafulli i wracamy.

Informacje praktyczne:

Camping Tamarit Parkhttp://www.tamarit.com/ – w zasadzie nie ma co więcej pisać. Reklamują się sami. Bardziej przypomina miasteczko, niż kemping. Jest wszystko – od zróżnicowanych toalet (w tym większych kabin dla matek z małymi dziećmi), i pralni przez basen, korty, informację turystyczną, lekarza, piekarnię, supermarket do stacji benzynowej z myjnią samochodową. Drogo – jak na kemping. Duże obostrzenia – np. zakaz rozciągania linek i suszenia prania – dostajemy notę na ten temat. Kemping posiada prywatną plażę z widokiem na pięknie podświetlony nocą zamek. W kwestii dojazdu: jeśli nie dysponuje się samochodem (co jest najlepszym wyjściem), najlepiej jest wysiąść z kolei w Altafulli – Tamarit (stację przed Tarragoną), dojść do plaży, skręcić w prawo i dojść do zamku. Teren przed zamkiem to właśnie Tamrit Park.

Tags: ,

Leave a Reply