Hiszpania 2008 – dzień 3 – Tarragona, Port Aventura
Decydujemy się zostać na kempingu drugą noc. Problem jest taki, że nasze obecne miejsce jest już zarezerwowane. Za kolejną noc płacimy już „tylko” 36€, gdyż jest to akurat pierwszy dzień tańszego sezonu. xar załatwia formalności, a potem wybieramy się na zakupy do kempingowej piekarni (nie ma to jak świeżutkie, chrupiące bagietki i jeszcze ciepłe croissanty) oraz kempingowego super-samu (sok, jogurty, owoce itd.). Taka tam odrobina luksusu. Przenosimy namiot, jednak robimy to bez składania go, co wzbudza powszechne zdziwienie mijających nas ludzi.
Informacja turystyczna na kempingu działa o niebo sprawniej, niż ta w mieście. Dowiadujemy się, jak się dostać do Tarragony. Mianowicie trzeba wyjść na plażę, skręcić w lewo i iść wzdłuż brzegu około 20 minut do miejscowości Altafulla. Za pierwszym jej domem skręcić w głąb lądu, wejść na wiadukt nad torami, z którego następnie trzeba zejść na dworzec kolejowy (właściwie przystanek, bo nie uświadczymy tam żadnych kas sprzedających bilety). Brzmi skomplikowanie, ale trafiliśmy bez większych problemów za pierwszym razem. Uwaga na peronie – jeśli usłyszycie podjeżdżający pociąg nie wychylajcie się za bardzo - pociągi towarowe rozwijają tam zadziwiające prędkości, nawet na zakrętach. Takie towarowe rozpędzone TGV, niezwalniające przy wjeździe na stację, zdmuchnie Was z łatwością.
Jedziemy do Port Aventura – największego parku rozrywki w okolicy. Informacje o nim zebraliśmy już w Polsce (dzięki, Piotruś!), inaczej pewnie ominęlibyśmy go, nie wiedząc, co tracimy. W pociągu nie szukamy konduktora, pani w informacji turystycznej na kempingu powiedziała, że jak przyjdzie sam – to spoko, powiemy, gdzie wsiedliśmy i czego potrzebujemy. Tak też robimy i zaoszczędzamy w ten sposób trochę na przejazdach.
Z pociągu wysiadamy na stacji Port Aventura (stacja przed właściwym Salou) i podążamy głównym deptakiem za tłumem. Dniowe wejście do parku rozrywki dla naszej dwójki to 84€. Za dodatkową opłatą można kupić bilety Express, które umożliwiają wejście na atrakcje z uprzywilejowanej kolejki, gdzie czeka się zazwyczaj maksymalnie 15 minut. Jedną z części Port Aventura – osobno płatną – jest Caribe Aquatic Park. Można wykupić bilet łączony na obie te atrakcje, jednak słusznie podejrzewamy, że nie starczy nam czasu na obejście jednej, choć nie ukrywam – przy panującej temperaturze (ze 35 stopni w cieniu) – kąpiel kusi.
Cały park podzielony jest na sektory, odpowiadające różnym częściom świata: jest część poświęcona rejonowi Morza Śródziemnego, Polinezji, Chinom, Meksykowi i Dzikiemu Zachodowi.
Na terenie parku jest mnóstwo knajp i sklepów z różnoraką tandetą. Wart uwagi jest fakt, że w łazienkach są specjalne krany do uzupełniania butelek z wodą pitną za darmo. My trafiliśmy na straszliwie prażące słońce, więc naszą butelkę uzupełnialiśmy tam kilkukrotnie. Warto wziąć ze sobą jakieś jedzenie. Kanapki na miejscu kosztują 4€, cola – dalsze 5€.
Pierwszą czynną atrakcją, która przykuwa naszą uwagę jest Tutuki Splash – ludzie w łódkach – wszyscy, jak jeden, z aparatami fotograficznymi w ręku – wciągani są na wzniesienie i z niego spuszczani w dół – lądują w wodzie przy solidnym rozbryzgu, który przemacza do suchej nitki ich i ich aparaty. Zniechęca nas kolejka, idziemy dalej.
Na kolorowej, choć mało czytelnej mapce jedna z atrakcji rzuca się od razu w oczy – olbrzymi rollercoaster umieszczony w chińskiej części miasteczka. Na początek decydujemy się przejechać rollercoasterem, w sumie pierwszy raz w życiu. Idziemy od razu na największy – Dragon Khan. Kolejki długie, czekamy ponad godzinę. Przejażdżka fajna, obojgu (?!) nam się podobało (sławne „xaaaaaaarr ja Ciiię zabiiiiijęęę!!!” podczas zjazdu w dół
). Krzyczeli wszyscy – żeby nie było, że tylko ja ;p Mój lęk wysokości został wystawiony na wielką próbę, chyba temperatura i słońce rzuciły mi się na mózg, że w ogóle się zgodziłam wsiąść do tego wagonika. W sumie najgorszy wcale nie był spadek w dół, pomijając fakt, że ciężko nabrać powietrza ze względu na pęd. Najbardziej nieprzyjemne było okręcanie wokół osi toru. Wysiedliśmy na gumowych nogach, wszyscy jak jeden z kretyńskimi uśmiechami na twarzy, każdy z pełnym zrozumieniem patrzący na pozostałych.
W trakcie przejazdu automat cyka fotki każdemu wagonikowi, a następnie w budce przy wyjściu można zamówić odbitki. Wzieliśmy sobie naszą z wysyłką na maila. Zapłaciliśmy 5€, a fota do dziś nie przyszła niestety. Dlatego też polecam kupowanie jednak papierowych odbitek.
Później Anka przejechała się jeszcze karuzelą łańcuchową usytuowaną po sąsiedzku (smak dzieciństwa). Dalej – zupełnie przez przypadek – wpakowaliśmy się do pawilonu chińskiego i obejrzeliśmy Fantasia Magica de China – pokaz „czarów” z bańkami mydlanymi, przeznaczony głównie dla dzieci; xar był znudzony, mi się podobało.
Ponieważ przy Dragon Khanie wszystkie pomniejsze rollercoastery napotkane po drodze nie robiły już na nas jakoś wrażenia – dotarliśmy do Meksyku, nad którym góruje wieża Hurakan Condora. W skrócie jest to wieża, na którą wyciągane są osoby na wysokość 100m, u góry fotka i spadek swobodny w dół. Całkiem przyjemne
Najgorszy moment to samo wyciąganie, gdyż jest wolne, wieża się trochę chwieje, ale z góry widać piękną panoramę. Jako że automat do wysyłania fot na maila w tym miejscu był uszkodzony wziąłem odbitkę papierową. Wykonywana jest od ręki na miejscu, koszt 7€. Na fotce – wszyscy z przerażeniem patrzą w dół, tylko mój brat szczerzy się do aparatu z miną psychopatycznego, seryjnego mordercy ;>
Wiele atrakcji jest zamkniętych, np. Templo del Fuego, FiestAventura. Nie wiemy nawet, czy warto do nich wejść, ponieważ na mapce nie ma żadnego opisu. Kolejki często odstraszają, czekanie przez godzinę lub dłużej do czegoś, co nie wiadomo, czym jest, zniechęca nas.
Trafiamy do El Diablo. Tę kolejkę polecił nam Piotrek, jest w większości drewniana, drewno skrzypi, rusza się, co dodaje smaczku. Kolejka urządzona jest na kształt starej kopalni, bardzo klimatyczna, podobało nam się.
Kolejną atrakcją jest rollercoaster Tomahawk, na który dostaliśmy się w zasadzie przez przypadek (sądziliśmy, że kolejka jest do innej atrakcji). Czekaliśmy w kolejce kolejne 45 minut. Sam Tomahawk jest krótkim, drewnianym jednak bardzo treściwym i trzeszczącym rollercoasterem. Wagoniki są jednoosobowe i w trakcie przejazdu trzeba się trzymać
Próbowaliśmy pojechać jeszcze Stampidą, jednak długość kolejki nieco nas przeraziła, a byliśmy już zmęczeni po całym dniu na słońcu. Przeszliśmy się uliczkami Dzikiego Zachodu, cyknęliśmy obowiązkowe fotki z pętlą wisielca na szyi.
Na koniec skorzystaliśmy jeszcze z Grand Canyon Rapids. Jest to spływ pontonowy. Trochę zwątpiliśmy, gdy zobaczyliśmy ludzi ubierających się w płachty przeciwdeszczowe, w końcu mieliśmy ze sobą lustrzankę, która, bądź co bądź, za wodą nie przepada. Spływ był jednak bardzo przyjemny, dokoptowano nas do jakichś obcojęzycznych, ale bardzo miłych ludzi, wszyscy się mocno śmialiśmy. Trochę nas ochlapało, ale ubieranie płacht przeciwdeszczowych to spora przesada.
Po powrocie na kemping czekała na nas kartka, że nie należy rozwieszać prania w obrębie parku. Było nam wszystko jedno.
Tags: port aventura, salou, tarragona
