Hiszpania 2008 – dzień 6 – Walencja

Budzimy się i – o zgrozo – dalej śmierdzimy pomidorami! Zapach wgryzł się nam w ciała i włosy na dobre.

Jedziemy do miasteczka nauki i sztuki w dawnym korycie Turii. Wysiadamy z naszego żółtego metrobusa na przystanku na Av. del Saler – obok mostu w kształcie harfy i centrum handlowego. Wstępujemy na zakupy (śniadanie!) do Carrefoura. W ramach degustowania lokalnych smakołyków kupujemy m. in. litrową butelkę orszady, która ma być orzeźwiającym cud-napojem. Mnie odrzucił już sam zapach migdałów, dla xara pierwsze 5 łyków było nawet smaczne, ale ostatecznie ledwo wmuszam w siebie litr płynu o konsystencji mleka.

W punkcie informacyjnym w centrum handlowym kupujemy bilety do oceanarium (Oceanografico) i muzeum nauki (Museo de las Ciencias Principe Felipe). Kosztuje nas to około 25€ od łebka. Dowiadujemy się, że oceanarium zwiedza się około 3h, natomiast muzeum – 4h. Obie atrakcje są otwarte od godziny 10:00. Oceanarium zamykane jest o 21:00, zaś muzeum o 24:00.

Czekając na 10:00 zwiedzamy miasteczko z zewnątrz. Jest ono niezwykle ciekawe z architektonicznego punktu widzenia. Organiczne kształty budynków przypominają trochę szkielety i muszle zwierząt (zdjęcie, zdjęcie, zdjęcie, zdjęcie).

Na początek udajemy się do oceanarium (zdjęcie, zdjęcie). Na wstępie skanowanie bagaży jak na lotnisku.

Sam obiekt jest rewelacyjny. Cykamy foty fokom, pingwinom, morsom, ptactwu i rekinom.. Idziemy też na pokaz delfinów. Trzeba na niego przyjść około 30-40 minut wcześniej, gdyż miejsca szybko się kończą. Show jest wyborne, delfiny nieźle się bawią podczas niego. Nawet po zakończeniu przedstawienia podpływają, skaczą, ochlapują publikę. Wydaje się, że sprawia im to niebywałą radochę. Świetne są też lwy morskie – wielkie, ociężałe na skałach, a w wodzie mistrzowie zręczności.W podmorskim tunelu nie wiemy, w którą stronę patrzeć. Tu żółw, tam rekin, tu pani – nurek czyści szyby. Stoisz, wznosisz okrzyki i zastanawiasz się, gdzie jest Nemo ;) Szałowe jest podświetlane na niebiesko akwarium z meduzami. Majestatycznie przepływające przed okrągłą szybą biało fosforyzujące na tle niebieskiej wody zwierzęta non stop mają widownię.

Oceanarium, oprócz pokazywania zwierząt ma też funkcję edukacyjną – dokształca ludzi w jaki sposób mogą działać by uchronić gatunki przed wymieraniem.

Idziemy do muzeum. Ponowne skanowanie bagaży, depozyt do dyspozycji. W muzeum nie wiemy za bardzo czego się spodziewać. Nauczony, jak wyglądają muzea w Polsce, jestem nieco niechętny wchodzeniu tam w ogóle. No ale skoro mamy już bilety… Ku mojemu zdziwieniu wystawy w niczym nie przypominają spotykanych w polskich muzeach. Wszystko jest interaktywne. Można dotknąć, pomacać, przetestować. Zabawa jest wspaniała!

Na początek trafiamy na wystawę dotyczącą ergonomii, wygody życia i dbania o zdrowie. Sprawdzamy swoją równowagę i refleks, ciepłotę swoich pośladków ;) i dowiadujemy się, który typ siedzenia jest dla nas najlepszy, jak powinny być zorganizowane poszczególne pomieszczenia w domu i biurze. Badamy swoją zdolność wyskoku i ścisku dłoni. Dalej uczymy się, jak powinniśmy nosić ciężkie przedmioty, by nie nabawić się urazu kręgosłupa. Dowiadujemy się także stopę, o jakim profilu posiadamy oraz czy mamy prawidłową postawę. Jesteśmy miło zaskoczeni.

Następnie idziemy na wystawę statków. Tu również możemy napisać (właściwie dopisać, bo jest ich cała ściana) przysłowie żeglarskie występujące w naszym kraju, nauczyć się stron świata, nazw części statku, pokazywania chorągiewkami liter i znaków, poprzez podnoszenie ciężkiej kotwicy testujemy dostępne kołowrotki i występujące w nich przełożenia.

Później idziemy na wystawę bohaterów komiksów Marvella. Sprawdzamy, jak działa mózg Hulka i co doprowadza go do szału. Dowiadujemy się o wytrzymałości sieci pająka i wspinamy się po ściance. Badamy, ile decybeli ma nasz krzyk (mój 103 ;) ) – drzemy się, ile sił w płucach – radocha niesamowita. Sprawdzamy, które części ciała są najzimniejsze, a które najcieplejsze. Bawimy chwytakami doctora Octopusa i próbujemy zawiązać przy ich pomocy sznurowadło. Sprawdzamy, czy jesteśmy mutantami (xar jest ;p).

Między jedną wystawą a drugą obserwujemy wahadło Foucaulta i podwójną helisę DNA (zdjęcie).

Kolejną na cel wybieramy wystawę urządzeń. Dość ciekawie dowiadujemy się jak można rysować palcem po piasku rozsypanym na obracającej się płytce, za pomocą szyby i regulacji jasności światła sprawdzać jak bardzo jesteśmy do siebie podobni. Jest to jeden wielki eksperyment. Tu laser i zakrzywianie światła, tam magnetyzm..

Piętro wyżej jest wystawa poświęcona eksploracji kosmosu. Ta akurat jest statyczna, nie mamy na nią siły.

Trafiamy na wystawę o ciele kobiety i zmianom, jakim podlega ono z wiekiem. Poznajemy (przynajmniej ja :P ) wszystkie stadia jej rozwoju i czym różni się od mężczyzny. Furorę robi możliwość wejścia do macicy (!). Wystawa robi na nas wielkie wrażenie.

Wychodząc z wystawy, obserwujemy przygotowania do jakiegoś przyjęcia, które odbędzie się w gmachu muzeum. Widzimy próbę generalną przedstawienia flamenco. Opuszczając budynek widzimy, że do wejścia ustawione są pochodnie. Same budynki są podświetlone (zdjęcie). Nie mamy czasu czekać, żeby zobaczyć jakie sławy się pojawią. Lecimy na ostatnie zakupy do Carrefoura i na autobus na kemping. Odchodzi on z nieoznakowanego przystanku na przeciwko Carrefoura. Mniej więcej 10 metrów przed światłami.

Dzień był niezwykle interesujący i pełen wrażeń.


Tags:

Leave a Reply