Hiszpania 2008 – dzień 7 – Walencja, Cuenca
Rano szybko się pakujemy i opuszczamy kemping w El Saler. Szkoda nam zostawiać Walencję, gdyż bardzo przypadła nam do gustu. Chcemy jednak jechać do miejscowości Cuenca. Po przyjściu na dworzec Valencia Nord zostajemy poinformowani, że pociąg odchodzi z dworca Valencia San Isidro. Dostajemy więc za darmo 2 bilety na metro (!), żeby móc się tam dostać. Jesteśmy pozytywnie zaskoczeni. Pani w informacji turystycznej po raz kolejny kreśli na mapce krzyżyki i tłumaczy, gdzie wsiąść, gdzie wysiąść. Mamy przejechać zieloną linią metra ze stacji Bailen do Saint Isidre.
Żeby dostać się do stacji metra Bailen trzeba przejść prawie do końca Calle de Bailen (wzdłuż torów kolejowych). Po zejściu do podziemi podszedł do nas strażnik i sympatycznie poinformował po angielsku, że powinniśmy jechać zieloną linią metra (nr 5) cztery przystanki w kierunku Torrento. Metro to jeździ stosunkowo rzadko (co ok. 20 minut). Wysiedliśmy tak, jak nas poinformowano, później za strzałkami trafiliśmy na dworzec. Bilety do Cuenci kosztowały nas około 19€ za naszą dwójkę. Na pociąg czekaliśmy 1,5 godziny. Z dworca San Isidro odchodzą tylko pociągi spalinowe. Do Cuenci odchodzi ich codziennie cztery sztuki. Podróż trwa około 3,5 godziny. Pociąg przejeżdża przez dość malownicze tereny (wąwozy, zamki) zaczynające się za miejscowością Bunyol.
W Cuence po wyjściu z dworca kolejowego, jakieś 150 metrów w lewo znajduje się informacja turystyczna, której nie było opisanej w naszym przewodniku. Jest to jednak punkt sezonowy (kiosk), w którym siedzi znudzony facet, nie mówiący po angielsku. Dowiadujemy się, że do dyspozycji są 2 kempingi, z czego do jednego jest dojazd busem nr 8 z przystanku na przeciwko. Problem jest taki, że odchodzą tylko 3 autobusy dziennie, a w weekendy – w ogóle. Rezygnujemy i idziemy na poszukiwania hostelu. Prowadzi nas nasz książkowy przewodnik.
Pierwszy z hosteli, najwyżej oceniony w przewodniku, znajduje się na Avenida de Republica Argentina (Pension cośtam
). Drzwi otworzył nam dziadek mówiący tylko po hiszpańsku. Pan zauważył, że ni cholery się nie dogadamy, więc zawołał kogoś. Staliśmy w progu i czekaliśmy, z wnętrza słychać było szuranie. Myśleliśmy, że osoba, na którą czekamy, złamała nogę, czy coś. Chwilę później naszym oczom ukazała się ledwo trzymająca się na nogach babcia, która przydreptała do nas z balkonikiem (!), która mówiła również tylko po hiszpańsku. Nieco bardziej uchylone drzwi ukazały naszym oczom plastikowe, wyblakłe kwiatki na starodawnej szafce w przedpokoju. Państwo byli bardzo gościnni, ale my, lekko zszokowani widokiem, zrezygnowaliśmy.
Następny hostel (ponoć gorszy) to Pension Central na 2 piętrze przy Alonso Chirino 7. Hostel urządzony jest w dość sporym mieszkaniu w starym budownictwie (wysoki sufit). Właścicielka również mówi tylko po hiszpańsku, ale dogadujemy się i zostajemy na jedną noc. Mamy pokój z TV, umywalką i dwoma łóżkami za 24€. Podoba nam się to, bo więcej płaciliśmy już za kemping. Hostel ma 2 czyste łazienki na korytarzu.
Po południu idziemy na stare miasto, które góruje nad nową częścią miasta. Wszędzie jest pod górę. Jemy posiłek w knajpce pod ratuszem (ku naszemu zaskoczeniu jeden z kelnerów mówi po angielsku). Wziąłem dziczyznę, Anka – tortillę (wyglądało jak standardowa jajecznica na kiełbasie w formie naleśnika i tak też smakowało – bez szału). Do tego po małym piwie. Rachunek wyniósł nas 23€.
Wg naszego przewodnika, „…starówka Cuenci, wpisana w 1996r. na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO, to jeden z najpiękniejszych średniowiecznych zespołów miejskich Hiszpanii.” (F. Dutkowski i inni, Hiszpania, przewodnik praktyczny, wyd. Pascal 2007).
Droga na starówkę jest dobrze oznakowana i łatwo trafić do najważniejszych atrakcji. Bannery na rynku informują, że miasto ubiega się o tytuł europejskiej stolicy kultury w 2016r. Tym dziwniejszy jest fakt, że ciężko znaleźć kogokolwiek mówiącego po angielsku. Pracownik informacji turystycznej nawet nie za bardzo wiedział co to Poland, czy Polonia. Ludzie są jednak bardzo sympatyczni.
Miasto słynie z wyrobów ceramicznych. Zwiedzamy kilka sklepików przy Plaza Mayor (zdjęcie), wchodzimy też do katedry (zdjęcie).
Starówka mieści się właściwie w widłach dwóch rzek: Jucaru i Huecaru. Teren wznosi się ostro pod górę, rzeki znajdują głęboko niżej, w wyżłobionych jarach, ze starówki jest więc śliczny widok na strome zbocza gór.
Idąc wzdłuż rzeki Jucar na przeciwległym zboczu góry widzimy wykute w skale oczy patrzące na miasto - tzw. oczy Jucaru (zdjęcie). Nie wiadomo kto i w jakim celu je tam umieścił. Prowadzą do nich drogowskazy, są one też opisane w naszym przewodniku, natomiast niewiele na ich temat znaleźć można w internecie.
Z kolei na zboczu góry, od której odgradza Cuencę Huecar znajduje się górująca nad okolicą, oświetlona nocą figura Jezusa. Bardzo bystro zagadnięty przeze mnie pan: „Do you speak English?” – przeczący ruch głową - „Co to jest – to tamto?”
odpowiedział po hiszpańsku, że figura Św. Serca Jezusa i że tam jest klasztor. Nie mam pojęcia, jak to się stało, ale świetnie się zrozumieliśmy
(zdjęcie, zdjęcie)
Kierujemy się do tzw. wiszących domów (casas colgadas). Są to domy przylepione do klifu nad przepaścią, z pięknym widokiem na rzekę Huecar. Do dzisiejszych czasów dotrwały trzy sztuki (zdjęcie, zdjęcie, zdjęcie). W środku mieszczą się muzea i galerie. Obok wiszących domów, nad przełęczą wybudowano wiszącą na linach kładkę dla pieszych - Puente de San Pablo (zdjęcie). Jest z niej świetny widok na wiszące domy (zdjęcie). Wieczorem skarpa, wiszące domy oraz figura Jezusa górującego nad miastem są oświetlone.
Cuenca posiada życie nocne. Ludzie gromadzą się w barach i pubach zarówno na starym jak i nowym mieście. Nie mamy jednak siły by im potowarzyszyć. Już po zmroku wracamy do hostelu i padamy do łóżek.
Nikt z naszych znajomych nigdy nie słyszał o Cuence, a szkoda, bo miasteczko było bardziej interesujące, niż niejedna rozreklamowana atrakcja turystyczna.
