Hiszpania 2008 – dzień 9 – Segovia, Saragossa
Wstajemy skoro świt. Właścicielka podkreślała, że mamy się wynieść do 8:00. Szybkie śniadanie, leniwe pakowanie. Gdy jesteśmy już gotowi do wyjścia, w przedpokoju, pełniącym rolę recepcji, zjawia się pan w sile wieku i oddaje nam nasze paszporty. Próbuje z nami prowadzić konwersację po hiszpańsku, życzliwie potakujemy głowami i uśmiechamy się. Pan chwyta się za ucho, pokazuje na moje i mówi coś z aprobatą. Rozumiemy, że jeśli ktoś ma takie uszy, jak ja, to będzie szczęśliwy w życiu. Moje uszy o tym nie słyszały, albo koleś coś pokręcił
Obładowani, ruszamy w dół, na dworzec. Miasto jest puste, ciche i spokojne. W dole, u podnóża wzgórza, z którego schodzimy, ściele się mgła, rozświetlana przez pierwsze promienie słoneczne. Słońce ozłaca też ściany budynków – jest cudnie! Z przyjemnością zatrzymujemy się i robimy zdjęcia. Ku naszemu zdziwieniu, z łączki za dworcem autobusowym startują kolorowe balony (takie z ludźmi;)). To słońce, mgła, chłodne, rześkie powietrze, cisza dookoła… Och, Segovia jest piękna! Cykamy foty balonom unoszącym się nad miastem. Nie wiemy, jaka to okazja – pędzimy na dworzec autobusowy.
Dojeżdżamy (1.5h, 14€) z powrotem na Principe Pio w Madrycie. Stamtąd szarym metrem na stację Avenida de America (bilet na metro 1€) – na dworzec autobusowy.
Już wiemy – zauważyliśmy plakaty na przystankach – że w Saragossie odbywa się EXPO 2008 i że poświęcone jest wodzie. Hiszpania ma z wodą spore problemy. Większość rzek jest wyschnięta. Zwłaszcza nad brzegiem morza wygląda to cokolwiek dziwnie – morze, 50m wody w rzece, a potem już tylko suche dno. Krajobraz oglądany przez szyby autobusów wygląda jak dziki zachód – spieczone, czerwone skały z pojedynczymi, rachitycznymi drzewkami.
W planach mamy podróż do Bilbao, ale stwierdzamy, że dzień nas nie zbawi i jedziemy do Saragossy.
Wsiadamy w autobus firmy Continental Auto do Saragossy. Po około 4 godzinach ludzie dookoła nas zaczynają się ożywiać. Stacja nazywa się Zaragoza – Delicias – to tu? A nie ma jakiejś centralnej? Wysiadamy i my. Dworzec, na którym wylądowaliśmy okazał się być dworcem jak najbardziej głównym, nowoczesnym, jednocześnie autobusowym i kolejowym, do tego położonym po sąsiedzku z terenem zajmowanym przez EXPO. Trochę błądzimy, zanim znajdujemy informację turystyczną na I piętrze, nad torami kolejowymi. Strzałki prowadzące do niej znikają i pojawiają się znikąd. Państwo w informacji, bardzo życzliwi, rozbrajająco informują, że jest EXPO, jest weekend, o miejscach w hostelach możemy zapomnieć. Nawet jeśli coś znajdziemy, i tak nie będzie nas stać, bo ludzie przez EXPO zwariowali. Na kemping daleko i ciężko dojechać. Aaaacha. Czyli do Kraju Basków musimy dostać się nocą. Informacji na temat połączeń nam nie udzielą, jesteśmy na dworcu, poradzimy sobie.
Lektura ulotek kolejowych i autobusowych skutkuje wyborem połączenia. Plan jest taki, żeby wyjechać o godzinie 1 w nocy - do północy można zostać na wystawie – bagaże w przechowalni na dworcu – obejrzeć wszystko, a potem przespać się w autobusie i rano rześko przywitać San Sebastian. Wszystko dograne, wymyślone, tyle, że ten autobus nie jeździ w niedziele. Pozostają nam jedynie wolne miejsca w autobusie odjeżdżającym o godzinie 21:00 do San Sebastian. Bierzemy i płacimy 20€ od głowy. Przy okienku kasowym oglądam sobie listy gończe za członkami ETA. Młodzi ludzie mordujący innych młodych ludzi. Wyglądają zupełnie zwyczajnie, żadnych morderczych skłonności wypisanych na twarzach.
Zdajemy bagaż do przechowalni i idziemy na EXPO. Bilety na wystawę na jeden dzień dla posiadaczy kart EURO26 to 26€ (opłaca się mieć Euro26).
Zaopatrzeni w mapę, szukamy polskiego pawilonu. Pani Katarzyna,
stojąca na bramce, ucieszyła się na kilka pytań po polsku („a jest chleb ze smalcem?”). Powiedziała, że opłaca się wejść, bo pawilon się podoba i jest ponoć jednym z lepszych. Z zewnątrz… hmmm… szału nie robi. Obłożony jest gałęziami, po których gdzieniegdzie ciurka woda i zazwyczaj tuż obok zlokalizowany jest rój muszek. Orzeźwienia to nie daje, muszki są wkurzające. Nie ma na czym usiąść. Mimo tego, w kolejce czeka około 200 osób. Dopiero po fakcie dowiadujemy się, niemoty, iż owe gałęzie z ciurkającą wodą były nawiązaniem do tężni solankowej i dokładnie tak miało być. No, może bez muszek. W kolejce ani jednego Polaka. Po około 30 minutach czekania zostajemy wpuszczeni. Przechodzimy wijącym się wśród wody chodnikiem, wysadzanym z rzadka plastikowymi kwiatkami z IKEI
. Jest pomieszczenie z wodą przelewającą się z rurek w lejeczki, kolby, pojemniczki, takie trochę perpetuum mobile i kolejne, poświęcone EURO 2012 i EuroBasketowi 2009. Ostatecznie trafiamy do sali kinowej. Na trójdzielnym ekranie zaprezentowano w niej 15-minutowy film o Polsce, w którym to piękny Hiszpan poznaje Syrenkę i w pogoni za nią zwiedza piękny kraj nad Wisłą. Brzmi to może naiwnie, ale film jest na całkiem niezłym poziomie, jest spójny, pokazuje, co mamy najpiękniejszego z dbałością o stałe odniesienia do wody. Ludzie się pozagapiali. Podoba nam się, im też. Z kina wychodzimy do polskiego baru – bez chleba ze smalcem, za to z polskim piwem i pierogami. Panie Hiszpanki zachłannie rzucają się na biżuterię wysadzaną bursztynem.
Później kolejno odwiedzamy jeszcze pawilony Portugalii, Belgii (truskawki w czekoladzie i najlepsza kawa w życiu za 6€), Danii, Bułgarii, Chin. Wszędzie kicha. Ludzie chodzą bez pomysłu, nie wiedzą, co oglądają. Na tym tle nasz pawilon wypada super. Do namiotu Niemiec trzeba było stać 2.5 godziny (!), podobnie do Rosji i Włoch, więc olaliśmy.
Połaziliśmy jeszcze po wszystkich pawilonach tematycznych, do których udało nam się dostać wśród tłumów ludzi.
Ostatecznie EXPO 2008 pozostawia w nas mieszane uczucia. Z jednej strony apele o oszczędzanie wody, zdjęcia pustyni i biednych dzieci, z drugiej placyk, na którym sprytnie zamontowane dysze wytwarzają stale mgiełkę wodną, żeby zwiedzający nie odczuli dyskomfortu. Większość państw wystawiających się nie kiwnęła palcem, by coś pokazać poza promowaniem samych siebie.
Około godziny 20:00 spadamy na autobus. Odbieramy bagaże, kupujemy kanapki na drogę (xar: „z czym chcesz?”, ja: „byle nie z tym jajkiem!” [tortillą], xar [po powrocie]: „masz z szynką i chyba serem.” Zaglądamy, a ten ser to obrzydliwy żółty tłuszcz od tej ich szynki. Podziękowałam.). O czasie ładujemy się na sam tył autobusu i szybko zasypiamy. Po 3.5-godzinnej drodze, pół godziny po północy, budzi nas jeden ze współpasażerów. Jesteśmy w San Sebastian. Słodko.
Informacje praktyczne
Więcej o polskim pawilonie na EXPO 2008:
