Archive for the ‘Hiszpania’ Category

Hiszpania 2008 – dzień 10 – San Sebastian

poniedziałek, Wrzesień 1st, 2008

Z EXPO 2008 w Saragossie dojeżdżamy autobusem do San Sebastian o godzinie 0:30 w nocy. Nie to, że sami się budzimy z przyjemniej drzemki w autobusie – jakiś Hiszpan targa moim ramieniem. Plan jest taki, żeby nocować na plaży. W San Sebastian nie ma do tej pory zbudowanego dworca i rolę ten pełni nieco większy przystanek w centrum miasta. Wysiadamy lekko zdezorientowani, rozglądamy się i szybko zostajemy sami – część osób szybko wsiadła w taksówki, po część ktoś przyjechał. Udajemy się w stronę plaży – ledwo żywi ze zmęczenia, nie do końca wybudzeni. Jest chłodno, mam gęsią skórkę, plecaki ciężkie, żadnej mapy, bo ta z przewodnika… no cóż, znowu nie obejmuje dworca autobusowego. Osobę, która ją przygotowywała, musiała tej nocy męczyć ogromna czkawka… Robimy zdjęcie mapie na przystanku i szukamy odpowiedniej ulicy. Sprawa jest oczywista – błądzimy. Albo inaczej: idziemy dokładnie w przeciwną stronę, niż powinniśmy. Miasto wygląda na niezły kurort, jest dość cicho, spokojnie i czysto. Idziemy przez miasto, oglądając wystawy i mijające nas z rzadka eleganckie autka. Ostatecznie o godzinie 01:30 dochodzimy do plaży.

Plaża nie przypomina ni cholery plaż, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce. Ma kształt półksiężyca (stąd jej nazwa Playa de la Concha), schodzi się do niej z promenady położonej około 15 metrów wyżej, tak, że od strony lądu plaża – szerokości około 50m – kończy się wysokim murem – takim sztucznym klifem, nad którym jest deptak. Dziwi nas trochę, że w środku nocy plaża jest całkowicie oświetlona przez latarnie. Całość wygląda malowniczo i spokojnie o tej porze.

Sądzimy, że będzie to dla nas problemem, bo nie do końca wiemy, czy legalne jest rozbijanie się na plaży. Wciąż, pomimo późnej godziny, chodzą po niej ludzie - dużo ludzi. Spacerują, rozmawiają, nie spieszą się. Ludzie! Jest 2 w nocy – spać nie możecie?! Idziemy w najbardziej oddaloną od centrum część plaży, licząc, że dalej ruch będzie mniejszy, oświetlenie będzie dyskretniejsze i nie będziemy się rzucać tak bardzo w oczy. Decydujemy się zamelinować przy jednym z zejść z promenady niedaleko przesmyku przy Playa de Ondaretta, w słabo oświetlonym zagłębieniu plaży, jakieś 10m od muru. Jesteśmy masakrycznie zmęczeni, ale jest ciepło więc dzielnie rozkładamy karimaty, drogie i cenne rzeczy upychamy w śpiworach, plecaki pod głowę i próbujemy usnąć podczas równomiernego odgłosu rozbijających się fal. Miejsce jest przednie – piękny widok na Wyspę św. Klary z niedużą latarnią morską na wprost, po prawej w oddali Monte Urgull z oświetloną figurą Jezusa, po lewej Monte Igueldo.

Zasypianie utrudnia nam facet kręcący się przy nas. Podchodzi, odchodzi, przygląda nam się… Jesteśmy w kraju Basków, ciężko powiedzieć jakie jest jego nastawienie, odruchowo sięgam po nóż. Koleś podchodzi i zagaduje:
- You cannot sleep here.
Kiwamy głowami, xar macha ręką.
- Yes, we know.
Facet nie odpuszcza:
- No, no. You don’t understand. Le mar… Le mar… is going to be here. – pokazuje
, że
za godzinę miejsce w którym leżymy będzie 1.5 metra pod wodą. Okej okej, wiemy co robimy, nic nam nie będzie. Facet, najwyraźniej z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku obywatelskiego, wreszcie się oddala. xar olewa sprawę, ale ja zaczynam myśleć. Jak to było z tymi pływami? Geografia z podstawówki się kłania. Nie możemy dojść do porozumienia, każde z nas pamięta te lekcje inaczej. W godzinę? To możliwe? 50m plaży… To jest ocean, nie morze… Anka się denerwuje i twierdzi, że już nie uśnie. Ja olewam jego uwagi dotyczące naszego pomysłu i miejscówki, w końcu nie takie rzeczy się robiło – układam się i zasypiam w przeciągu 15 sekund. Ja leżę i obserwuję. Obieram kilka punktów odniesienia i patrzę, czy woda nie podchodzi. Podchodzi, cholera! Budzę xara. Tłumaczę mu, że woda rzeczywiście się zbliża, ale on mnie wyśmiewa. Mówi, że mam omamy i facet z durnymi gadkami rzucił mi się na mózg. Po chwili znowu chrapie. A woda się zbliża. Nie wytrzymuję, o 3:00 budzę go znowu i stanowczo każę się wynieść na górę, na promenadę. Irytuje mnie to mocno, że każe mi wstawać i przenosić nasz „obóz” na promenadę 15 metrów wyżej. xar marudzi, ale przypływ jest już wyraźnie widoczny, zanim udaje nam się zebrać wszystkie graty, dostęp do jednych schodów na górę już w zasadzie odcięty. Lokujemy się na ławeczce przy zejściu, z którego skorzystaliśmy i rozkładamy graty. Plaża zmniejsza się w mgnieniu oka. Po jakichś 20 minutach le mar is there. Po plaży nie ma śladu. Miejsce w którym godzinę temu leżeliśmy jest jakieś 2-3 metry pod wodą. Fale roztrzaskują się o mur na dole na wysokości ok. 1,5m z taką mocą, że piana wlewa się na górę, gdzie siedzimy na ławce w śpiworach! :) Facet w zasadzie uratował nam życie, a na pewno uratował nasz dobytek przed zamoczeniem lub zatonięciem. Nigdy, NIGDY nie śpijcie na plaży nad oceanem. Pływy naprawdę istnieją i zdarzają się codziennie. Pani od geografii nie żartowała.

O 4:00 jest zimno. Siedzimy na ławce w śpiworach, plecaki opierają nam się o kolana. Nie możemy znaleźć sobie pozycji do snu. Ostatni ludzie wracający z imprez oraz pierwsi idący do pracy mają nas za okaz natury, po raz kolejny jesteśmy lokalną atrakcją turystyczną. :D Pomimo śpiworów jest nam zimno. W końcu kładę głowę xarowi na kolanach, on zaczyna protestować, ale nie ma siły, kładzie głowę na moich plecach i zasypiamy natychmiast.

Budzimy się – wciąż niewyspani, połamani od pozycji na ławce i trochę zdezorientowani. Idziemy szukać noclegu. Szukając opisanego w naszym przewodniku schroniska trafiamy na inne – Ondaretta „La Sirena”. Za noc ze śniadaniem życzą sobie 36€ za naszą dwójkę. Problemem jest jednak kwaterunek, który zaczyna się o godzinie 15:00. Zostawiamy plecaki w ich pakamerze, myjemy zęby i twarz, ale o prysznicu możemy jedynie pomarzyć. Śmierdzący, niewyspani, zmarnowani idziemy więc na miasto. Ku naszemu zdziwieniu po rozszalałym oceanie nie ma śladu, woda spokojna, plaża z powrotem jest na swoim miejscu.

San Sebastian to dość przyjemny kurort. Nastawiony jest głównie na Anglików (np. pałac z angielskimi ogrodami) ale mało kto mówi tutaj w tym języku. Klimat jest nieco bardziej łaskawy dla nas. W dzień pada deszcz. Niemniej potrafi też przygrzać. Można zauważyć siłę Oceanu, wystarczy się przejść dookoła wzgórza z Jezusem i popatrzeć na fale. Pływy też robią na nas ogromne wrażenie. Pierwszy raz widzieliśmy rzekę, która z powodu przypływu płynęła nie w tą stronę co trzeba.

Główna informacja turystyczna znajduje się na Boullevard. Obsługa jest przyjemna, mówi po angielsku.

W hostelu pokój dostaliśmy czteroosobowy, ale mieszkaliśmy tylko we dwoje. Łazienki w miarę czyste. Jemy i znów idziemy na spacer. Po południu ocean znów zabrał plażę. Kręcimy się trochę po starym mieście. Mijamy port kutrów. Obserwujemy dzieci, które kąpią się w całym syfie tam pływającym pomimo tego, że 100 metrów dalej jest czysta plaża.

W San Sebastian jest też akwarium podobne do oceanarium w Walencji. Nie wchodzimy tam. Ostatecznie robimy zakupy, prysznic i idziemy spać. Ponad 40 godzin bez snu.

Informacje praktyczne:

Schronisko albergue juvenil Ondaretta „La Sirena”link - San Sebastian, Paseo de Igueldo 25 – ładne schronisko, położone rzekomo 200m od plaży (wydaje mi się, że nieco dalej). Ważne: w pokojach nie można przebywać między 10:00 a 15:00, więc jeśli zjawicie się w tych godzinach, to pozwolą Wam skorzystać z toalety i zostawić plecak, ewentualnie nawet skorzystać z netu, ale potem musicie iść sobie precz do 15:00. Pokoje dość duże z łazienkami. My mieliśmy pokój na piętrze, z balkonem, 4-osobowy, ale spaliśmy tylko w dwójkę. Łóżka piętrowe. Na dole w piwnicy kuchnia, gdzie wydają śniadania (płatki kukurydziane, mleko, jogurt, sok, kawa, herbata, bułka, dżem). Dostępna jest pralnia i 3 komputery z dostępem do internetu (też w piwnicy). Nocleg 2 osób w 4-osobowym pokoju ze śniadaniem = 36€ (stan na 2008r.) – aktualne ceny na www.