Archive for the ‘Włochy’ Category

Włochy 2007 – dzień 11 – Syrakuzy, Messyna, Taormina

piątek, Wrzesień 21st, 2007

Pakujemy się i opuszczamy naszego pisarza i nieprzyjemną panią z hostelu. Dworzec kolejowy znajduje się niedaleko, ale docieramy tam w ostatniej chwili. Automaty nieczynne, w kolejce do okienka przed nami grzebie się jakiś chłop i robię się coraz bardziej zniecierpliwiona. W końcu dostajemy bilety do Messyny (17,60€), pan kolejarz uprzejmie pokazuje nam, który peron. Spieszymy się, więc zgrzani z przyjemnością wpadamy do klimatyzowanego wnętrza prawie pustego szynobusu. Wybieramy sobie wygodne 4 miejsca, rzucamy plecaki na siedzenia na przeciwko nas, bo są za duże, żeby wrzucać je na górę. Ledwo siadamy, zjawia się konduktor w idealnie odprasowanym stroju, z idealnie wyżelowanymi włoskami. „Biglietti”. Podajemy mu, a on coś marudzi. Tłumaczymy, że nie mówimy po włosku. Pół po angielsku, pół na migi tłumaczy, że powinniśmy byli skasować bilety na peronie, przed wejściem do pociągu. Prawda, w tym pośpiechu zapomnieliśmy. Konduktor z pobłażliwą miną stwierdza, że tym razem nam daruje, kasuje bilety i oddala się. Przechodzi koło nas jeszcze kilkukrotnie na swojej trasie wzdłuż pociągu, raz poprawia krzywo domknięte składane siedzenie. Unosimy brwi w zdziwieniu – cóż za pedant! Zupełnie jak nie-Włoch! Zaczynamy nazywać go Alberto.

Siedzimy, rozmawiamy, zastanawiamy się co dalej w Messynie, gdy nagle widzimy jak nasz Alberto sunie przez peron z reklamówką w ręce. Dochodzi do murku okalającego przejście podziemne między peronami, opiera o niego reklamówkę i wraca do szynobusu. Ledwo zamykają się za nim drzwi, jakaś baba podnosi krzyk, że to reklamówka tego kolesia, co siedzi w kibelku i czemu on ją wyniósł. Alberto się zagotował. Przyniósł tę reklamówkę z powrotem i zaczyna walić do drzwi toalety. Nie pukać – walić. „Biglietti!” i wali dalej. Żadnej reakcji. Na twarzy Alberto widać oburzenie i satysfakcję, że udało mu się zlokalizować groźny element przestępczy, który najwyraźniej próbuje jechać na gapę. Facet z kibelka odpowiada, że nie otworzy. Cóż robi Alberto? Wyciąga z kieszeni specklamkę i otwiera drzwi toalety, krzycząc po raz kolejny, że kontrola biletów. Ku jego zdziwieniu, zastaje kolesia w pozycji siedzącej ze spuszczonymi spodniami, ewidentnie w trakcie czynności fizjologicznych. Obaj są zdziwieni i oburzeni. Chwilę się kłócą, w końcu facet z kibla podaje Alberto bilet, ten niepyszny stwierdza, że bilet jest jak najbardziej w porządku i kasuje go. Widać, że brakuje mu argumentów, więc, żeby wyjść z twarzą pyta faceta: „To twoja reklamówka?!” „Tak” – odpowiada tamten. „To nie zostawiaj jej tak więcej!” – zarządza Alberto, przy pomocy specklamki zamyka kolesia z powrotem w toalecie i oddala się na kolejny obchód szynobusu. Szczeny opadły nam już w momencie gdy zobaczyliśmy Alberto z tą reklamówką na peronie, dalszy rozwój sytuacji po prostu wbił nas w siedzenia. Wtargnąć Bogu ducha winnemu chłopu do kibla?! Nienormalny?!

Ściszonymi głosami komentujemy sytuację, starając się nie podpaść niczym stukniętemu konduktorowi, patrzymy na zegarek, przez akcję pod toaletą mamy 3 minuty opóźnienia, ale to przecież Włochy. Patrzymy jak z przejścia podziemnego wybiega chłopak i dziewczyna z plecakami ze stelażem i biletami w ustach. Spoceni, widać, że gonili i że są szczęśliwi, że zdążyli. Dopadają drzwi, naciskają przycisk, który je otwiera, ale co to – w drzwiach czeka na nich Alberto! I cóż robi nasz kochany konduktor? Oświadcza im, że bardzo przeprasza, ale nie mogą wsiąść. Są zdziwieni, pytają dlaczego, wręczają mu bilety, mówią, że wszystko jest w porządku. Na to Alberto odpowiada, że pociąg powinien był odjechał 3 minuty temu, to nie jego wina, że nie odjechał, ale że teoretycznie już go tu nie ma, oni się spóźnili i że ich nie wpuści. Chłopak próbuje się z nim kłócić, ale Alberto kategorycznie zamyka mu drzwi przed nosem i daje sygnał do odjazdu. Chłopak i dziewczyna, wściekli z bezsilności i oszołomieni zostają na peronie!

My jesteśmy nie mniej zszokowani. Trochę zaczynamy się bać, widać wyraźnie, że facet ma nierówno pod sufitem. Do tej pory trzymaliśmy stopy – bez butów – na siedzeniach na przeciwko, ale teraz stwierdzamy, że lepiej je stamtąd zdjąć, bo jak ten psychopata zauważy, to wysadzi nas gdzieś w szczerym polu między stacjami i co wtedy zrobimy? Staramy się nie rzucać w oczy, Alberto przez całą drogę bardzo przykłada się do swych obowiązków, od razu przy drzwiach sprawdza wszystkie bilety, raz na jakiś czas przechadza się na koniec szynobusu i z powrotem, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku i wszystkie siedzenia są równo złożone. Co jakiś czas słychać jakiś łoskot na dachu pociągu. Żartujemy szeptem, że to pewnie Alberto gania jakiegoś pasażera na gapę.

Dojeżdżamy do Messyny. W międzyczasie przeczytaliśmy, co warto zwiedzić i zwróciliśmy uwagę przede wszystkim na przechowalnię bagażu. Eureka! Jest i to na dworcu! Po wylądowaniu pierwsze kroki kierujemy właśnie tam. Za 9€ mamy plecaki z głowy na cały dzień. Następnie, kierując się przewodnikiem szukamy informacji turystycznej w celu zdobycia jakiejś bardziej cywilizowanej mapki. Nie chce nam się wdawać w rozmowy, co warto zwiedzać, bierzemy tylko mapkę i wychodzimy.

Standardowo – idąc Via Primo Settembre – zaczynamy od Duomo i największego na świecie zegara astronomicznego, mieszczącego się w jej wieży. Zegar ten zbudowany został 1933r. przez zegarmistrzów ze Strasburga. Śpieszymy się, równo w południe figurki ożywają, lwy ryczą, kogut pieją, a Madonna – patronka miasta daje aniołowi list z obietnicą opieki nad Messyną. Niestety, spóźniamy się o minuty. Inscenizacja nas omija. Mimo wszystko uważamy, że zegar jest naprawdę godny polecenia. Z zadartymi głowami wpatrujemy się w jego wskazania, próbując je zrozumieć. Jest data, dzień tygodnia, faza księżyca, znak zodiaku – wszystko się zgadza. Będąc w Duomo warto zwrócić uwagę na bajecznie zdobiony sufit.

Fontanna Oriona na Piazza del Duomo, kolejna chluba miasta, nie robi na nas większego wrażenia – może ze względu na upał, który o tej porze porządnie już daje się we znaki. Szukając cienia, bocznymi, wąskimi uliczkami na tyłach Duomo dochodzimy do Corso Cavour na wysokości Piazza Antonello – wprost na Galerię Vittorio Emanuele. Mimo sjesty hol jest otwarty, choć w zasadzie całkowicie pusty. Wchodzimy i podziwiamy oświetlenie. Sklepienie budynku wyłożone jest witrażami, przez które przesącza się kolorowo światło słoneczne. Jest jasno i chłodno, a zarazem przytulnie. Siadamy na podłodze, odpoczywamy chwilę i cykamy parę fot.

Wraz z pogłębiającym się upałem nasza ochota na zwiedzanie drastycznie maleje. Niestety, nawet gorąco nie odbiera nam apetytu – jesteśmy głodni – w sjeście. Szukamy jakiegoś miejsca, gdzie da się coś zjeść.  O tej porze nie jest to łatwe. Na domiar złego okazuje się, że cały nasz zapas wody został w plecakach w przechowalni. Teraz już mamy problem. Opuszczamy starówkę i klucząc w poszukiwaniu otwartej knajpki lub spożywczego, kierujemy się w stronę dworca. Nic nie znajdujemy. Na szczęście sklepik na dworcu jest otwarty. Z ulgą płacimy 0,95€ za niewielką butelkę wody.

Nie mamy specjalnie chęci na zwiedzanie Messyny, postanawiamy dać jeszcze jedną szansę Taorminie. Lustracja autobusów stojących po lewej stronie dworca kolejowego nie przynosi efektów – nie ma rozkładu, ani kierowców, których można spytać. Jedziemy standardowo – koleją i autobusem z Giardini. Idziemy Via Pirandello w stronę Bramy Messyńskiej, oglądając po drodze wystawy kramów z pamiątkami. W jednym z nich kupujemy xarowi koszulkę. Przeglądamy też menu mijanych restauracji; coraz bardziej burczy nam w brzuchach. W końcu siadamy przy stoliku w knajpce na rogu Via Pirandello i Viale San Pancrazio i zamawiamy pastę (20€ za 2 osoby). Dania szybko lądują przed nami, są pyszne i sycące. Płacimy i wstajemy od stolika, gdy obsługujący nas kelner, zabierając należność wraz z napiwkiem mówi „dziękuję bardzo” i odchodzi. No proszę.

Nie zostało nam zbyt wiele czasu – musimy odebrać bagaże z przechowalni. Chcemy też zrobić zakupy, na co większe szanse mamy w Messynie, niż Taorminie. Wracamy.

Ponownie zdeptujemy uliczki Messyny w poszukiwaniu sklepu. Tym razem robimy to dużo bardziej metodycznie. Jesteśmy załamani – udało nam się kupić pieczywo i dżem na kolację, ale szukamy jeszcze wina dla rodziców. A tu nic – żadnego porządnego sklepu. W końcu dochodzimy do Piazza Cairoli i znajdujemy coś, co wygląda na galerię handlową. Butiki, butiki, butiki… i jest! Supermarket w podziemiach! Kupujemy oliwki, wino i zaprowiantowanie dla nas i spokojni udajemy się na dworzec. Odbieramy bagaże. Padamy z nóg. Do odjazdu pociągu do Rzymu jeszcze kilka ładnych godzin. Siadamy w kafejce na dworcu, pijemy kawę i jemy panini – zapiekane kanapki – bardziej dla zabicia czasu, niż z głodu. W końcu przenosimy się na peron. Dzwonimy do domu z informacją, że żyjemy, jutro powinniśmy wrócić, Anka właśnie zachwala rodzicom jaki to czysty i bezpieczny dworzec, gdy obok nas  staje bezdomny, wyciąga siusiora i zaczyna lać wprost na peron! :D Nasze miny bezcenne! :D Tak po prostu, w biały dzień, na oczach ludzi facet robi siusiu na peronie! Nawet się nie zasłonił! Nikogo poza nami to specjalnie nie bulwersuje.

Odnajdujemy toaletę. I tu kolejna niespodzianka – zamiast standardowej podłogi jest tu krata. W momencie spuszczania wody, woda ta omywa również obszar wokół sedesu, bardzo sprytne rozwiązanie. Po kolei myjemy się. Jesteśmy gotowi do podróży.

Pociąg przyjeżdża standardowo nieco spóźniony, mamy miejscówki, jednak w naszym przedziale znajdujemy śpiącego araba. Szybko oznajmiamy, że to nasze miejsca. Koleś obudzony w środku nocy nie za bardzo wie, o co chodzi, jednak ulatnia się. Wietrzymy, gadamy chwilę. Jako, że pociąg jedzie przez pół Półwyspu Apenińskiego, pasażerowie wyglądają jak u nas na trasie wschód-zachód Polski. Wszelkie mieszanki narodowościowe. Ustalamy, że śpimy po 2h na zmianę. Anka pełni wartę z widelcem w ręku. ;) Z jakiegoś powodu wydaje mi się, że widelec to najbardziej odpowiednia broń na te warunki. Na korytarzu sami mężczyźni. Trochę się boję. Około 2 nad ranem jeden z nich wtacza nam się do przedziału. Patrzy na moją twarz, na której zamiary mordercze i determinacja są aż nadto widoczne, potem patrzy ma widelec, który ściskam w ręce. Jego mina z rozbawionej zmienia się w niepewną, mówi „sorry” i wychodzi. Dalsza podróż mija bez żadnych ekscesów.

Informacje praktyczne

Przechowalnia bagażu – w budynku dworca od strony peronu. 9€za 2 duże plecaki + namiot (zdaje się, że cena była właśnie 3€ od sztuki) na cały dzień. Czynna bodajże do 19:00. W przewodniku Globtrotera – Włochy Południowe widnieje informacja, że przechowalni brak, ale my znaleźliśmy. Pan mówi częściowo po angielsku.

Informacja turystyczna – Via Calabria 301 – po wyjściu z dworca kolejowego iść w prawo.

Galeria zdjęć: